czwartek, 13 kwietnia 2017

Płacisz za swoje konto bankowe? A po co...?


Temat darmowych kont bankowych był już poruszany mnóstwo razy w różnych miejscach, ale ponieważ nadal wiele osób świadomie ponosi wysokie koszty korzystania ze swoich rachunków, postanowiłem pokazać na przykładzie banku ING, jak mieć całkiem dobre konto i nie płacić za nawet złotówki.
Banki nie chcą się z nami dzielić swoimi zyskami, co widać najlepiej analizując aktualne tabele oprocentowania depozytów i kont oszczędnościowych, dlatego uważam, że każdy klient powinien podjąć wyzwanie rzucone przez banki i zrobić wszystko żeby jego bank również nie dostawał od niego pieniędzy. Będzie sprawiedliwie, symetrycznie i zgodnie z zasadami fair play. Idąc do banku i informując doradcę w oddziale o chęci otwarcia konta, z dużym prawdopodobieństwem otrzymamy od niego propozycję takiego rachunku, który na pewno uderzy nas po kieszeni. Będzie tak, bo takie rachunki zaliczają się do realizacji planu sprzedaży doradcy, bo sprzedaż takich rachunków wymuszają na nim jego przełożeni – zarządzanie sprzedażą w wielu bankach nadal nacechowane jest mobbingiem i absurdalną wysokością planów sprzedaży, więc taka postawa pracowników oddziałów nie powinna dziwić. Nie wiem jak to wygląda w ING, być może tam jest normalnie. Zakładam jednak, że wchodząc do oddziału, na początek usłyszymy propozycję „Konta Komfort”, czyli takiego, za które co miesiąc trzeba będzie zapłacić 12 złotych. O tym koszcie usłyszymy na końcu i pewnie dopiero jak się o to sami dopytamy, bo wcześniej usłyszymy o darmowych bankomatach, przelewach, wpłatach i wypłatach, itd. Oczywiście nie ma w tym nic złego, każdy klient na końcu sam podejmuje decyzję czy chce z czegoś skorzystać czy nie i nie jest istotne czy jest właśnie w sklepie rtv, salonie samochodowym czy w banku. Od zawsze jest tak, że sprzedawca w pierwszej kolejności zadba o interes firmy, którą reprezentuje, a dopiero później o interes klienta, operując przy tym słowami, które oczywiście będą dawały złudzenie odwrócenia tej zależności. Dlatego idąc do ING należy poinformować pracownika oddziału o chęci otwarcia konta „Direct” wraz z kontem oszczędnościowym. Oba te rachunki nie mają opłat za ich prowadzenie. Otwierając oba unikamy konieczności ponoszenia opłaty za wpłatę pieniędzy na konto direct w wysokości 9 złotych (opłata dotyczy również wypłat w oddziale), ponieważ dokonując wpłaty na konto oszczędnościowe żadnej opłaty już nie ma. Środki pomiędzy rachunkiem oszczędnościowym a kontem direct można następnie przelać w ciągu kilku sekund przez Internet lub korzystając z aplikacji mobilnej w telefonie. Mając już pieniądze na rachunku direct można zrobić przelew, który jest zawsze bezpłatny. Można również wypłacić je w bankomatach – bezpłatnie w bankomatach ING lub Planet Cash (z tego co ustaliłem również w bankomatach banku BGŻ BNP Paribas - czy jak tam ten bank się teraz nazywa - ponieważ ich obsługuje właśnie Planet Cash). Można wreszcie płacić kartą w sklepach i jeżeli suma transakcji w miesiącu przekroczy 300 złotych, to karta również będzie bez żadnych opłat. 300 złotych to nie jest dużo, ale jak ktoś nie chce mieć nad sobą tego warunku i uniknąć ryzyka poniesienia miesięcznej opłaty za kartę w wysokości 7 złotych, to może z karty zrezygnować, a płatności w sklepach i wypłaty z bankomatów realizować za pomocą Blik’a, który jest bezpłatny. Do tego wszystkiego należy jeszcze dodać, że bankowość internetowa ING oraz ich aplikacja mobilna są proste w obsłudze, a także mają nowoczesny i przyjazny wygląd.

Podsumowując – opisałem powyżej jak można posiadać w pełni funkcjonalne konto i nie dać zarobić bankowi ani złotówki. Oczywiście mam tu na myśli zarobek bezpośredni, w postaci kosztów związanych z prowadzeniem konta, bo w sposób pośredni bank i tak swoje zarobi. W podobny sposób można wyzerować koszty (lub chociaż znacznie je zredukować) także w innych bankach, trzeba tylko zagłębić się trochę w oferty, tabele opłat i prowizji lub poczytać opinie na forach i blogach o tematyce finansowej. To nie jest duży wysiłek, a zaoszczędzone w taki sposób pieniądze w skali roku mogą się zamienić w całkiem sporą kwotę.

środa, 28 grudnia 2016

Kredyty hipoteczne - LTV w 2017 roku (ściągawka)

Zaczynamy zaraz 2017 rok, a to oznacza, że wszystkie osoby zainteresowane zaciągnięciem kredytu hipotecznego, kolejny raz zmierzą się ze zmianami zasad wyznaczania maksymalnego LTV. Oczywiście od pewnego czasu banki mają już metody obejścia przepisów narzucanych przez instytucje regulujące rynek, ale zawsze styczeń przynosi większe lub mniejsze zmiany w poszczególnych ofertach, dlatego poniższa ściągawka może okazać się pomocna. Według mojej wiedzy maksymalne LTV w największych bankach w 2017 roku będzie wyglądało następująco:

90% - Alior, BZ WBK, Getin, Millennium, Pekao SA, PKO BP (bank hipoteczny), Raiffeisen, Deutsche Bank

80% - ING, BGŻ BNP Paribas, Citibank, BOŚ, Eurobank

czwartek, 8 grudnia 2016

Pożyczka hipoteczna z marżą 2,9%


Żyjemy w czasach, w których banki mają w zwyczaju raczej podwyższać ceny swoich usług niż je obniżać. Dlatego z tym większym pozytywnym zaskoczeniem odnotować należy fakt, że znalazł się bank, który dość znacząco na tle konkurencji, obniżył cenę oferowanej przez siebie pożyczki hipotecznej. W ramach tej oferty marża wynosi 2,9%, prowizja 1,9%, LTV 70%, a maksymalny okres trwania umowy to 20 lat. Co ważne – nie ma też obowiązku wykupu żadnych ubezpieczeń, programów inwestycyjnych i innych temu podobnych „atrakcji”. Być może jest to próba ratowania przez bank wyniku rocznego i napompowania kolejki wniosków, ale jaki to by nie był powód, na pewno warto zainteresować się tym produktem, jeżeli ktoś właśnie szuka względnie taniej gotówki na dowolny cel lub korzystnego skonsolidowania już posiadanych kredytów. Więcej informacji na temat oferty można znaleźć pod tym linkiem.

piątek, 2 grudnia 2016

Jak wybierać kredyt gotówkowy przed świętami


Grudzień i tygodnie poprzedzające święta, to zawsze najbardziej gorący okres na rynku kredytów gotówkowych. To w tym czasie banki wykręcają najlepsze wyniki sprzedażowe i starają się nadrobić zaległości z poprzednich miesięcy. Jest to także okres, kiedy najczęściej żyjemy w dużym pośpiechu i często brakuje czasu na dokładną analizę podejmowanych decyzji. Dotyczy to również decyzji o wyborze kredytu, a ponieważ banki doskonale o tym wiedzą, to bezlitośnie to wykorzystują i dobrze na tym zarabiają. Dlatego warto pamiętać o kilku prostych wskazówkach. Kiedyś już ten temat poruszałem, ale ponieważ znowu zyskał na aktualności, to warto kilka informacji przypomnieć. Oto te najważniejsze:

- Jeżeli zobaczysz w telewizji reklamę kredytu gotówkowego, to nigdy nie idź do banku, który się w ten sposób reklamuje. Te kredyty zawsze są najdroższe, nawet jeżeli marketingowcy tak wymyślili przekaz, że wydawać się może, że mamy do czynienia z najbardziej atrakcyjną ofertą w dziejach ludzkości.

- Nigdy nie korzystaj z ubezpieczenia, które bank będzie starał się wcisnąć na siłę do kredytu. Najczęściej są to drogie wydmuszki, które nie dają żadnej sensownej ochrony, za to dają wysoki przychód dla banku i dlatego pracownicy banków są wręcz przymuszani przez swoich przełożonych do sprzedaży tych ubezpieczeniowopodobnych wynalazków.

- Nigdy nie pożyczaj pieniędzy od firm pożyczkowych. Pieniądze dostaniesz tam szybko i łatwo, ale jednocześnie tak drogo, że określenia frajer i idiota będą najbardziej łagodnymi, którymi będzie można Cię nazwać.

- Jeżeli nie planujesz bardzo dużych wydatków i jednocześnie planujesz szybko spłacić swoje zadłużenie, zawnioskuj w banku o kartę kredytową. Oprocentowanie będzie takie jak przy kredycie gotówkowym, ale dużo zaoszczędzisz na prowizji przygotowawczej.

Na koniec jeszcze kilka rekomendacji, które mogą okazać się pomocne przy wyborze kredytu na święta. Śledząc oferty nie znalazłem żadnej, która rzuca na kolana, ale w kilku przypadkach nie wyglądają one źle. W mBanku przedłużono na grudzień promocję cenową. Zasada jest prosta – im większa kwota, tym niższe oprocentowanie, im krótszy okres kredytowania, tym niższa prowizja przygotowawcza. Kilka praktycznych rozwiązań można znaleźć w Raiffeisenie – w tym banku na sensowny kredyt mogą liczyć osoby posiadające umowę o pracę na czas określony. Wystarczy, że umowa jest na okres dłuższy niż 6 miesięcy wprzód i już można złożyć wniosek o kredyt do 100 tysięcy złotych na okres 120 miesięcy. Do tego podobno nie zwracają uwagi na ilość zapytań w BIK wykonanych w ciągu ostatnich 30 dni. Nie ma także żadnego okresu karencji przy rozdzielności majątkowej, która dla wielu osób staje się coraz częściej jedyną drogą do uwolnienia zdolności kredytowej. No i ostania rekomendacja – Bank Pocztowy – tu oferta cenowa jest kiepska, ale ten bank może okazać się wybawieniem dla osób prowadzących działalność gospodarczą krócej niż rok. Wniosek kredytowy na kwotę do 30 tysięcy złotych można złożyć pokazując wyniki finansowe jedynie za okres ostatnich 6 miesięcy.

Potrzebujesz pomocy przy wyborze kredytu gotówkowego? Kliknij tutaj i napisz swoje oczekiwania.

środa, 31 sierpnia 2016

Deutsche Bank jak ekskluzywna taksówka

Wsiadając do taksówki już za samo trzaśnięcie drzwiami nalicza się nam opłata. Tak było od zawsze i pewnie nadal będzie. Na podobny pomysł wpadł swego czasu Deutsche Bank, który dla swoich klientów składających wnioski o kredyt gotówkowy wprowadził dodatkową opłatę w wysokości 1200 pln. Tak po prostu. Czy ktoś brał kredyt na 10 tysięcy pln czy na 100 tysięcy pln, płacił 1200 pln. Oczywiście oprócz tego również prowizję przygotowawczą naliczaną procentowo, a jak był naiwny to jeszcze wciskano mu ubezpieczenie. Od 4 września bank idzie o krok dalej. Od tego właśnie dnia opłata przygotowawcza wynosić będzie 1400 pln. W ten oto sposób kredyt gotówkowy Deutsche Banku stał się wręcz dobrem luksusowym, za które trzeba płacić jak za szwajcarski zegarek z limitowanej serii, albo za nocleg w apartamencie dla vip-ów w prestiżowym hotelu. Brawo dla banku za oryginalność. Takich opłat nie ma nikt inny na rynku. Mam jednak nadzieję, że klienci okażą się na tyle rozsądni, że będą tę ofertę już na starcie wyrzucać do kosza. Ja na pewno ją odradzam. W tym roku kredyty gotówkowe są bardzo drogie, to fakt. Ale w ostatnich tygodniach pojawiły się na szczęście w kilku bankach oferty z trochę niższymi cenami od wcześniej obowiązujących, dlatego tym bardziej warto omijać Deutsche Bank szerokim łukiem i po kredyt udać się gdzie indziej.

czwartek, 28 lipca 2016

Dobry kredyt hipoteczny - tak, jeszcze takie istnieją


Od czego wiele osób rozpoczyna szukanie kredytu hipotecznego? Od sprawdzenia oferty w banku, z którego usług korzystają, ewentualnie od sprawdzenia dostępnych ofert w biurze sprzedaży dewelopera lub agencji, która pośredniczy w sprzedaży nieruchomości. A to błąd, często nawet duży. Może on być bardzo kosztowny, ponieważ na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a na taki okres najczęściej zaciągane są kredyty hipoteczne, każda różnica w racie, nawet o pozornie drobne 100 czy 200 złotych, w końcowym podsumowaniu zamieni się w grube tysiące. Dlatego warto szukać, pytać gdzie tylko się da, przekopywać Internet, a na końcu jeszcze maksymalnie negocjować wybraną ofertę. Ja wiem, że dla wielu osób kredyt hipoteczny to czarna magia i droga przez mękę. Wiem że to skomplikowany produkt, z którego korzysta się co najwyżej kilka razy w życiu, a najczęściej tylko raz. Wiem też, że wiele osób pochłoniętych pracą i codziennymi obowiązkami najzwyczajniej nie ma siły, czasu i ochoty żeby jeszcze edukować się w temacie kredytów hipotecznych. Co nie zmienia faktu, że warto to zrobić. Dlatego skoro już tu trafiłeś, to znaczy, że jesteś jedną z tych osób, która postanowiła jednak zgłębić temat hipotek trochę bardziej szczegółowo niż to ma miejsce zazwyczaj. Gdybyś nią nie był, to nie trafiłbyś na peryferia Internetu, na których znajduje się ten blog (istnieje jeszcze szansa, że jesteś z branży finansowej i regularnie czytasz tego typu blogi – pozdrawiam J ). Skoro zatem już tu jesteś, to mam dla Ciebie nagrodę w postaci oferty kredytu hipotecznego, którą oceniam bardzo pozytywnie i którą w podobny sposób oceniają klienci, z którymi o niej rozmawiam. Co to w ogóle znaczy, że kredyt hipoteczny jest dobry? Jak dla mnie – ma atrakcyjną cenę, nie ma żadnych obowiązkowych, doklejonych śmieci w postaci ubezpieczeń, programów inwestycyjnych i temu podobnych „korzyści”, a do tego ma normalną umowę pozbawioną dziwnych zapisów napisanych wyszukanym prawniczym bełkotem. I taki właśnie jest kredyt, który za chwilę opiszę. Oczywiście nie wykluczam, że gdzieś na rynku można znaleźć lepszą ofertę, lub będąc świetnym negocjatorem zapewnić sobie korzystniejsze warunki. Mam też świadomość, że jeszcze jakiś czas temu atrakcyjność poniższej oferty zapewne byłaby średnia, jednak przy obecnej polityce cenowej wielu banków, w mojej ocenie jej obecność na rynku należy docenić.

No dobrze, pora przejść do konkretów. Oto podstawowe parametry oferty:

1.     Cena. Ten kredyt ma prostą konstrukcję cenową. Jest marża w wysokości 1,79% i jest prowizja przygotowawcza 1,5%. I już, to tyle. Czy bank chce czegoś w zamian? Tak, chce żeby dochód netto wnioskodawcy (lub suma dochodów wnioskodawców) wynosił min. 5000 pln netto. To nie są wygórowane oczekiwania, tym bardziej, że nie ma obowiązku przelewania całości wynagrodzenia na konto, choć minimalną kwotę, którą należy co miesiąc konto zasilić, bank wyznaczy.

2.     Możliwość obniżenia marży. Jeżeli klient dysponuje oszczędnościami i postanowi przenieść je do banku przed uruchomieniem kredytu, to może liczyć na to, że jego marża będzie niższa. Maksymalnie o 0,35%.

3.     Maksymalne LTV – 80%

4.     Minimalna kwota kredytu – 300.000 pln

5.     Maksymalny okres kredytowania – 30 lat

6.     Przeznaczenie kredytu – zakup mieszkania lub domu na rynku pierwotnym lub wtórnym. W przypadku rynku pierwotnego nieruchomość musi być ukończona w min. 90%. Niestety bank nie udziela kredytów na zakup działki ani na budowę domu

7.     Źródła dochodu – standardowe, jak w większości banków

8.     Istnieje również możliwość zaciągnięcia pożyczki hipotecznej – marża 3,50%, prowizja przygotowawcza 1,90%

Pewnym minusem może być fakt, że tym kredytem nie można sfinansować budowy domu ani zakupu działki. Jednak patrząc na rynek, wciąż mocno dominują transakcje zakupu gotowych lokali, dlatego większość z osób planujących zaciągnięcie kredytu, do tej oferty będzie się kwalifikować. W tym momencie brakuje jeszcze jednej kluczowej informacji – jaki to bank. Tego niestety nie mogę napisać. To znaczy mogę, ale nie chcę. Jeżeli po przeczytaniu tego wpisu znajdą się osoby zainteresowane rozmową na temat wnioskowania o taki kredyt, to serdecznie zapraszam do bezpośredniego kontaktu (kliknij tutaj). Wtedy o wszystkim porozmawiamy. To nic nie kosztuje, za to można oszczędzić trochę czasu i na końcu otrzymać taką samą ofertę (a nawet lepszą) niż samemu odwiedzając oddziały banków. A zapewniam, że dotarcie do tego konkretnego banku mogłoby być trochę utrudnione, bo nie chwali się on specjalnie tym, że posiada w swojej ofercie kredyt hipoteczny, nie kojarzy się z tym produktem i ma dość słabo rozwiniętą sieć sprzedaży.

wtorek, 26 lipca 2016

Wakacje nad Bałtykiem


Wakacje prawie osiągnęły półmetek. Niektórzy urlop mają już za sobą, inni dopiero na niego wyjadą, a jeszcze inni po prostu lato spędzają w domu. Ten rok różni się od poprzednich tym, że wiele osób postanowiło zrezygnować z wyjazdów zagranicznych i spędzić swoje urlopy w Polsce. Zamachy terrorystyczne, pucze wojskowe, niepewna sytuacja gospodarcza lub polityczna w wielu krajach, drogie euro – to powtarzające się powody rezygnacji z wyjazdów do najbardziej popularnych miejsc z poprzednich lat. Ok, jestem w stanie to zrozumieć, choć pewnie nie do końca podzielam wszystkie te obawy. Bo jak słucham o wszystkich zamachach, katastrofach samolotów i innych tego typu zagrożeniach, to zawsze kusi mnie żeby sprawdzić, ile ofiar śmiertelnych było ostatnio na polskich drogach. Dziś to sprawdziłem – od początku lipca do wczoraj w wypadkach samochodowych zginęło 180 osób, a prawie równo 3000 zostało rannych. O tym się nie mówi tak głośno jak o wjeżdżającej w tłum świętujących ludzi ciężarówce, ale to statystyka równie przerażająca, bo to przecież dane tylko z trzech ostatnich tygodni. Dlatego sam nie wiem co jest bardziej niebezpieczne, urlop w kraju czy zagraniczny wyjazd. Myślę, że jak komuś ma się coś złego stać, to po prostu jest pechowcem i bez względu na to gdzie spędzi urlop, nieszczęście i tak go dopadnie. Czasy są jakie są, media trochę podgrzewają atmosferę zagrożeń na świecie, a ponieważ podświadomie większość ludzi najbezpieczniej czuje się we własnym domu, więc skorzystał na tym nasz Bałtyk i wszystkie miejscowości wypoczynkowe, które nad nim leżą. Nie ma dnia żebym gdzieś nie usłyszał lub przeczytał jak to tłumy opanowały ten rejon Polski i jak to większość miejsc noclegowych jest już dawno zajęta. Tak się złożyło, że ostatnio osobiście mogłem się przekonać jak ten nasz Bałtyk „smakuje”, ile kosztuje i co daje w zamian. I teraz krótko przedstawię swoje spostrzeżenia, podając jednocześnie trochę liczb.

Pierwsze wyzwanie, które pojawia się przed każdym, kto wybrał urlop nad polskim morzem, to podróż. Trzeba tam jakoś dojechać. Jak ktoś mieszka na północy Polski, to wiadomo – ma łatwiej. Ale w ekstremalnych przypadkach odległość do pokonania może osiągnąć nawet 700-800 km. Ja jechałem z Warszawy, a celem mojej podróży były okolice Ustki. Według wytyczonej trasy - około 550 km. Biorąc pod uwagę korki przed bramkami na autostradzie (w tym roku były mniejsze niż w poprzednich latach), roboty drogowe i zwykłe postoje (ci, którzy mają dzieci wiedzą o co chodzi), na taką podróż trzeba zarezerwować około 9 godzin. To wystarczająco dużo żeby stracić dobry humor, pokłócić się z rodziną i stać się lżejszym o jakieś 250-300 PLN, bo tyle będzie kosztowało paliwo plus opłaty na autostradach. W drodze powrotnej będzie podobnie jeśli chodzi o czas i koszty, poziom zdenerwowania pewnie będzie trochę większy. No dobrze, załóżmy, że podróż macie już za sobą. Jest duża szansa, że temperatura na miejscu będzie niższa o jakieś 5-10 stopni w porównaniu do miejscowości, z której przyjechaliście, i że będzie padał deszcz. To typowe dla naszego nadmorskiego klimatu. Ja taką właśnie sytuację w tym roku doświadczyłem. W tym miejscu pewnie wielu osobom pojawi się refleksja, że przecież mogli lecieć do Grecji, lot trwałby 3 godziny, a na miejscu świeciłoby piękne słońce. Ale jesteście nad Bałtykiem. Jak już się przyzwyczaicie do pogody, rozpakujecie bagaże i wsłuchacie w odgłosy otoczenia, to z dużym prawdopodobieństwem dobiegną Was okoliczne dźwięki. Niestety nie będzie to szum morza ani śpiew słowika, tylko… disco polo, które jest coraz większą plagą nadmorskich miejscowości. Ale pewnie i do tego można się przyzwyczaić. No chyba, że będzie to sytuacja, kiedy akurat w ten jeden z nielicznych ciepłych i słonecznych dni, postanowicie pójść na plażę, rozłożycie sobie leżak, kocyk czy coś w tym stylu, a kilka minut później tuż obok was rozbije się ze swoim parawanem grupka ludzi, którzy włączą swoją ulubioną muzykę, a do Waszych uszu popłynie ona za pośrednictwem przyniesionego przez nich głośnika bluetooth, który oczywiście podkręcą na maksymalną moc. Jest wielce prawdopodobne, że kilka minut później będą kolejno odpalać papierosy, bo to również standardowa rozrywka wielu naszych rodaków wypoczywających na plaży. Jak już nasłuchacie się disco polo, nawdychacie dymu papierosowego i być może odbędziecie kilkusekundową krioterapię polegającą w tym przypadku na zanurzeniu stóp w zimnym Bałtyku, przyjdzie pora na obiad. Oferta barów czy restauracji w wielu miejscowościach jest bardzo szeroka, ale najczęściej prawie wszędzie taka sama, czyli byle prosto, szybko, no i oczywiście drogo. Na szczęście czasem trafi się fajne miejsce, w którym będzie naprawdę ok i na pewno warto takich miejsc poszukać. Koszt takiej przyjemności dla 4-osobowej rodziny to najczęściej 70-100 PLN. Jak dodamy do tego jeszcze śniadania, kolacje plus dodatki typu gofry, lody czy inne zapiekanki, to doliczyć trzeba kolejne 100 PLN. Jeżeli macie dzieci, a nad morze pojedziecie do dużej lub średniej miejscowości, to atrakcje typu gokarty, wesołe miasteczka, baseny z kulkami, koniki, cymbergaje, strzelnice i cała reszta przywiezionego z Chin badziewia, na pewno zabiorą Wam kolejne minimum kilkadziesiąt złotych. Należy oczywiście też pamiętać, że największym kosztem jest wynajęcie miejsca, w którym zamieszkacie. Bardzo modne ostatnio stały się drewniane domki, których powstaje całe mnóstwo i o których można powiedzieć, że mocno zdominowały nadmorski krajobraz i ofertę noclegową. Taki domek jest na pewno wygodny, bo ma wszystko co potrzebne do życia na wakacjach, czyli 2-3 pokoje, kuchnię, łazienkę, czasem fajny taras. Koszt wynajęcia takiego domku w sezonie to 180-300 PLN za dobę, oczywiście  w zależności od miejscowości i popularności danej okolicy.

Podsumowując – tydzień opisanych powyżej atrakcji to koszt 4-5 tysięcy PLN (pamiętajcie, że z tego dwa dni spędzicie w podróży). Oczywiście przy założeniu, że nie ma w tym zawartych dużych szaleństw, tylko raczej umiarkowanie i rozsądne gospodarowanie wydatkami. Czy pobyt nad Bałtykiem jest tego wart? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Z jednej strony otrzymuje się w zamian ładne plaże, czyste powietrze z dużą zawartością jodu, często fajne okolice. Z drugiej strony trzeba liczyć się z tym, że można trafić na kiepską pogodę, tłumy ludzi, korki na ulicach, zalewającą wszystko tandetę, no i sąsiedztwo rodaków, którzy podlewając codzienność dużą ilością alkoholu, potrafią w czasie wakacji odkryć w sobie nawet najgłębiej ukryte pokłady prymitywnych zachowań. Ale każdy wybiera to co lubi. Ja osobiście nad Bałtyk mogę od czasu do czasu pojechać. Warunek jest tylko taki, że trafiam w jakieś spokojne miejsce, takie typowe zadupie, gdzie można odpocząć i się wyciszyć. Bo jeżeli ma to być jakaś duża miejscowość, np. Władysławowo, którego szczerze nienawidzę i które jest dla mnie kwintesencją wszystkiego co najgorsze nad polskim morzem, to wolę zostać w domu.