wtorek, 21 października 2014

Czas zapłaty... Wreszcie



Dziś UOKiK nałożył sromotne kary na właściciela i trzech dystrybutorów tzw.programów regularnego oszczędzania. kary są niebagatelne bo łącznie opiewają na ponad 50 mln PLN.
Czy można tu mówić o sprawiedliwości i satysfakcji ze strony pokrzywdzonych klientów? Po trosze tak, ale nadszarpniętych nerwów, straconego czasu i utraconego zaufania nawet najwyższa grzywna nie zrekompensuje. Szefowie ukaranych instytucji oczywiście będą się odwoływać od decyzji, bo nic innego im nie pozostaje. Jeśli kary utrzymają się w mocy to będzie to mocny sygnał dla innych instytucji by bardziej pilnować swoich sprzedawców. Co do sprzedawców, to sprawa z ich perspektywy wygląda zupełnie inaczej. Pokrzywdzeni klienci są stratni i zrzucają odpowiedzialność na doradców i przedstawicieli bankowych, którzy im te produkty sprzedali. Trzeba zadać sobie pytanie: dlaczego sprzedali w taki a nie inny sposób, który został napiętnowany przez Urząd? Czy była to zmowa kilkuset młodych ludzi zatrudnionych w instytucjach finansowych, którzy stwierdzili że zapracują na kary dla swoich pracodawców? Czy była to sprzedaż wynikająca z kolosalnych prowizji, które dostawali „frontowi” sprzedawcy? Otóż nie. Sprzedaż na taką skalę i w taki sposób odbywała się z jednego prostego powodu: presja nakładana na sprzedawców przez ich szefów. Szefów którzy byli poddawani niemniejszej presji przez szefów swoich firm. Dlaczego? Ano dlatego, że prowizja od produktu ubezpieczeniowego jest wypłacana dystrybutorowi od razu z góry od składki rocznej i w księgach wygląda to znakomicie. Nie ma ryzyka niewypłacalności klienta, tworzenia rezerw, ryzyka stopy procentowej itd. Wszystko miło, sympatycznie i księgowo cacy. Ubezpieczyciel ma przypis składki a dystrybutor prowizję od urocznionej składki. Świetne rozwiązanie w sytuacji, gdy inne produkty nie idą tak jak oczekiwano a wyniku potrzeba na wczoraj. Wtedy to szefowie schodzą niżej i pada magiczne polecenie, które spokojnie można porównać do reklamy jednego z telekomów: ”Ograniczenia nie interesują mnie!” i dalej:” ma być zrobione bo jak nie to będziemy się musieli zastanowić nad kształtem dalszej współpracy….” Efekt? Nakarmieni wizją rewizji modelu współpracy doradcy, zaczynają zaspokajać oczekiwania szefów. Niestety robią to za wszelką cenę a skutkiem są takie orzeczenia jak dzisiejsze.

www.fincredo.pl

Komentarz do wypowiedzi członka Rady Polityki Pieniężnej


Czytając i słuchając w ostatnich dniach wszelkiego rodzaju wiadomości w największych serwisach informacyjnych stwierdzam, że nic tak nie wypromuje wypowiedzi jak słowo „frajer”. Wystarczy je użyć i od razu o autorze takiej wypowiedzi robi się głośno. Rozpoczął tę modę minister rolnictwa, ale już wczoraj ochoczo skopiował ten pomysł także jeden z członków Rady Polityki Pieniężnej – Andrzej Rzońca. Uczestnicząc w debacie dotyczącej budownictwa mieszkaniowego i kredytów hipotecznych w swojej wypowiedzi użył takich oto słów na temat kredytów hipotecznych zaciągniętych we frankach: „Mam nadzieję, że państwo nie zainterweniuje. To byłby fatalny sygnał dla banków, ale też dla samych kredytobiorców. Bo wszyscy ci, którzy nie wzięli kredytu w walutach otrzymają sygnał, że byli frajerami”.

Czy miał rację? Nie ma to znaczenia. Od dawna wiadomo, że ten temat należy do bardzo delikatnych, wywołujących wiele dyskusji, a opinie wśród Polaków są skrajnie różne. I co więcej – wiele osób swojej opinii zaciekle broni, co powoduje, że wystarczy drobna zaczepka i zaczyna się ostry spór lub regularna awantura. Szczególnie dobrze widać to na różnych forach internetowych zajmujących się tematyką finansów. I dlatego od członka RPP oczekiwałbym postawy bardzo neutralnej, która nie będzie powodowała wzrostu ciśnienia pod pokrywką. Członek RPP powinien być jak maszyna, zero emocji i kontrowersyjnych opinii. Tylko fachowa analiza sytuacji, podejście eksperckie. Pełne skupienie na dbaniu o polską walutę. I już. Ja nie chcę znać nazwisk członków RPP. Ja chcę widzieć, że polska waluta jest mocna i przekłada się to na coraz lepszą kondycję gospodarki. Jeżeli członek RPP ma parcie na szkło i chce robić w mediach za celebrytę, to niech aktywnie wejdzie do polityki lub stanie się ekspertem od wszystkiego, kolejną gadającą głową biegającą od jednej stacji telewizyjnej do drugiej. Ale dopóki jest członkiem RPP niech pilnuje żeby jego wypowiedzi nie były kontrowersyjne i nie podjudzały. Tym bardziej w tak delikatnych sprawach jak ta dotycząca kredytów walutowych. W 2007 roku wiele osób przytłoczonych psychozą galopujących cen nieruchomości potęgowaną dodatkowo przez media, w pośpiechu decydowało się na zakup mieszkania zadłużając się we franku, bo na złotówkę nie mieli już zdolności kredytowej. W perspektywie kolejnych miesięcy groził im brak zdolności na jakikolwiek kredyt, bo ceny mieszkań szły w górę dużo szybciej niż dochody. Czy takich ludzi trzeba dziś traktować jako niedoszłych frajerów czy przymusowych cwaniaków? Można takie pytania mnożyć w nieskończoność i prowokować kolejne spory – tylko po co? I o ile media robią to, bo na tym zarabiają, o tyle członkowie RPP powinni siedzieć cicho i nie prowokować. Jak Pan Rzońca chce używać dosadnych określeń niech to robi prywatnie, jak spotka się z kolegami wieczorem przy piwie. Pod warunkiem, że nikt go nie podsłucha i nie nagra. Ale publicznie niech tego nie robi. Bo jak czytam takie teksty to sam czuję się trochę jak frajer, że z pieniędzy podatników (w tym moich) opłaca się pensję człowieka (a wcześniej jego wykształcenie), który nie potrafi wykazać się profesjonalnym podejściem do funkcji, którą pełni.

wtorek, 14 października 2014

Czy przeniesienie kredytu do innego banku ma sens?


Pytanie dość proste, jednak odpowiedź na nie już nie. Każdy klient firmowy czy indywidualny posiadający kredyt jest dla banku bardziej zapisem księgowym niż potencjałem na sprzedaż wiązaną. Wynika to z faktu, iż już przy udzielaniu kredytu pracownik banku wycisnął z nas maksymalną zdolność kredytową i nasz potencjał na zaciąganie nowych zobowiązań został skutecznie zahamowany. Wszystkie pakiety super-turbo-ekstra promocyjne, które towarzyszyły ofercie kredytowej już takie super nie są, a bank przypomni sobie o nas w dwóch przypadkach: pod koniec okresu kredytowania zaproponują nam odnowienie finansowania lub w trakcie gdy nie daj Boże spóźnimy się ze spłatą. Jeśli nie spełnimy któregoś z powyższych kryteriów, zainteresowania brak. Przekonani o braku zdolności na jakikolwiek inny kredyt i uświadomieni o bezkonkurencyjności obecnej oferty, ale szczęśliwi  w swej niewiedzy, spłacamy kolejne raty kredytu (zapewne z super-turbo-ekstra ubezpieczeniem). Większość banków nie afiszuje się z możliwością przenoszenia zobowiązań bo solidarność rynkowa i zdrowy rozsądek, że zaraz ich portfel kredytowy się skurczy, zobowiązuje. I tu do gry wchodzą pośrednicy finansowi. Myślę tu o odpowiedzialnych i rozsądnych pośrednikach pracujących na długofalowych relacjach z klientem. Działając w swoim interesie, ale też w interesie klienta są w stanie z całego rynku znaleźć i pokazać korzystniejsze rozwiązania na już posiadanych produktach. Konkrety? Bardzo proszę, przykład wzięty z życia: Klient posiada w banku nr 1 kredyt gotówkowy z ratą 900 PLN. W banku nr 2 kredyt gotówkowy z ratą 800 PLN co łącznie daje nam 1700 PLN miesięcznych zobowiązań. Obydwa kredyty są ubezpieczone. Klient męczy się ze spłatą i chciałby trochę oddechu, więc trafia do pośrednika mającego w ofercie ponad dwadzieścia banków. Efekt? Miesięczne zobowiązania zredukowane do 1100 PLN plus zwrot kosztów za niewykorzystane w banku  nr 1 i nr 2 ubezpieczenia.

Kolejny przykład: hipoteka z marżą prawie 6%. Klient szuka rozwiązania nie dlatego, że wie o takiej możliwości tylko dlatego, że dotychczasowy bank w ogóle się nim nie interesuje, a jakość obsługi pozostawia wieeeele do życzenia. Efekt? Klient otrzymuje od pośrednika ofertę refinansowania z marżą o 40% niższą oraz sprawdzonym i szczęśliwym z możliwości pozyskania nowego klienta doradcą bankowym w pakiecie. Doradca już zadba o satysfakcję klienta i zbuduje relację której konkurencji zabrakło.

Na tak konkurencyjnym, jak bankowy rynku ważne jest, aby nie żyć w rutynie i przyzwyczajeniach. Banki muszą konkurować ze sobą i pozyskiwać nowych klientów jeśli w obecnej liczbie chcą przetrwać na rynku kolejne 5-10 lat. Nie oszukujmy się, banków jest u nas za dużo i aby zdobyć lojalnego klienta muszą się nieźle nagimnastykować jeśli chodzi o warunki cenowe, ofertę rachunków czy konkursy dla klientów (odradzam konkursy z dziurami w regulaminie).

Większość klientów posiadających zobowiązania może a nawet  powinno, przynajmniej raz w roku sprawdzić swoje możliwości konsolidacyjne. Świat finansów nieustannie się zmienia. Zmieniają się trendy, warunki makroekonomiczne, nasze dochody rosną, zmieniają się źródła naszego utrzymania rynek się rozrasta lub konsoliduje i tak dalej, i tak dalej... Warto nie zostawać z boku i przez 5, 10 czy 25 lat myśleć , że jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na ten konkretny kredyt, który zaciągnęliśmy i do ostatniej raty nie możemy nic z nim zrobić. Takie proste ćwiczenie pozwoli poznać kwoty miesięcznych oszczędności, które można przeznaczyć na znacznie przyjemniejsze cele.

Wiele firm na rynku pomoże Wam w tym zadaniu, ale zdecydowanie polecam prawdziwie niezależnych pośredników lokalnych. Różnią się oni od dużych sieci, większą atencją na problemy klientów. a budowanie długofalowych relacji na rynku jest dla nich kluczem do dalszego istnienia.

Ja oczywiście polecam swoje usługi i jeśli tylko znajdziecie chwilę na przedstawienie swoich potrzeb to sądzę, że znajdziemy najlepsze na rynku rozwiązania obniżające miesięczne koszty.

 
http://fincredo.pl/
 
 

środa, 8 października 2014

Czy po produkt finansowy warto iść do oddziału banku?

W ostatni piątek zadzwoniło do nas dwóch klientów, którzy poprosili o pomoc w rozwiązaniu problemów z uzyskaniem kredytów. Niby nie ma w tym nic niezwykłego, ale postanowiłem jednak o tym napisać, ponieważ w obu tych przypadkach klienci bardzo narzekali na postawę i kompetencje pracowników oddziałów banków, w których złożyli wnioski kredytowe. Zadziałał klasyczny mechanizm. Klient potrzebuje kredytu to idzie po niego do banku. A tam niestety natrafia na coś, czego się nie spodziewał. Czyli na brak odpowiedniego poziomu umiejętności, dobrej woli i zaangażowania. Mnie to powinno cieszyć, bo im gorzej będzie w bankach, tym więcej klientów trafi do nas, ale w normalnym świecie to nie jest zdrowa sytuacja. Odnoszę wrażenie, że mimo upływu lat banki nadal skupiają się tylko na tym jak wykręcić jak największe liczby w wynikach sprzedażowych aktualnie ważnych dla siebie produktów, co przełoży się na odpowiednio duże pieniądze, które następnie będzie trzeba w sprytny sposób wyprowadzić z Polski... Oczywiście nie jest tak w każdym banku, ale niestety taki obraz jest wciąż tym najbardziej dominującym. Tak przynajmniej ja to widzę, ale oczywiście mogę się mylić. Bardzo chciałabym zobaczyć bank, który ogłosi publicznie, że wycofuje się z wyścigu na cyfry i skupia się na budowaniu swojej pozycji w oparciu o inne wartości. Że podsumuje efekty swojej strategii za dwa, trzy, pięć lat i nie ma dla niego znaczenia wynik finansowy na koniec najbliższego kwartału, tylko chce zarobić kwotę x w ciągu najbliższych kilku lat. Nie skupia się na pozyskiwaniu nowych klientów tylko zrobi wszystko żeby zadbać o tych, których już posiada i będzie dążył do tego, aby żadnemu z nich nawet przez myśl nie przeszła możliwość przejścia do konkurencji. Jak zobaczę bank, który zacznie tak działać, to od razu przeniosę tam swoje konto. Ale dziś niestety takiej możliwości nie widzę. Bank, w którym posiadam mój główny rachunek jedyną aktywność jaką wykazuje wobec mnie to ocierająca się już o maniakalny upór, powtarzająca się co kilka tygodni, próba sprzedania mi przez telefon jakiegoś gównianego ubezpieczenia do karty kredytowej. I nic więcej. Nie obchodzi ich nic innego. Opiekun mojego rachunku zmieniał się już tyle razy, że straciłem orientację kto jest nim obecnie. Ale to jest właśnie jeden z tych banków, który jest zakochany w liczbach i słupkach, choć ostatnio jest to podobno miłość bez wzajemności. Choroba zżera siły sprzedażowe banków już bardzo mocno. Dlaczego tak sądzę? Wystarczy spojrzeć na dostępne wokół informacje. Wszedłem ostatnio na stronę Alior Banku w zakładkę Kariera. Można tam znaleźć ponad 150 ofert pracy na stanowiska sprzedażowe. Czy to jest normalne? Czy to dobrze świadczy o tej firmie jako pracodawcy? Nie słyszałem żeby postawili na rozwój sieci i wzrost zatrudnienia, zatem należy sądzić, że te oferty pracy to wakaty do obsadzenia. Wpadli w spiralę rotacji i pewnie szybko z niej nie wyjdą. Bo przecież każdy nowy pracownik musi przejść szkolenia i proces wdrożenia do pracy. Zanim stanie się efektywny minie kilka tygodni. W tym czasie zwolnią się kolejni, a pewnie i część nowych ucieknie jeszcze w trakcie szkoleń. Ale czy da się wytrzymać w pracy, w której nacisk na realizację planów sprzedaży jest monstrualnie duży, a do tego podlega się pełnej inwigilacji i każde stanowisko w oddziale służące do obsługi klienta objęte jest obserwacją za pomocą kamer i nasłuchowi przez mikrofony? Maksymalnie kilka miesięcy i każdy normalny człowiek musi mieć dość takiej pracy. Ale żeby nie było, że się uwziąłem na jedną firmę - tak wygląda praca w większości banków. O skali problemów rekrutacyjnych niech świadczy liczba ogłoszeń na portalu pracuj.pl. A jest ich tam mnóstwo. Więcej niż Japończyków jeżdżących tokijskim metrem w godzinach szczytu. Właściciele portalu muszą być przeszczęśliwi, banki to na pewno ich najlepsi klienci. Słyszałem ostatnio, że jeden z banków, na wewnętrznym spotkaniu ze swoimi menadżerami podał dane na temat rotacji w sieci oddziałów. I okazało się, że rotacja w ostatnim roku osiągnęła poziom 75%... A nie jest to bank, który kojarzyłem ze złym podejściem do ludzi. To ile rotacja musi wynosić w innych bankach...?
W jednym z ostatnich numerów Newsweeka był wywiad na temat psychopatów w korporacjach. Bardzo ciekawy – polecam (jest dostępny tutaj). Obstawiam, że wśród pracowników banków najwięcej psychopatów można znaleźć na stanowiskach kierowniczych łączących centrale banków z ich sieciami sprzedaży. Tacy ludzie zarządzają sprzedażą delegując decyzje swoich szefów, którzy siedząc za biurkiem w ciepłym gabinecie są najczęściej oderwani od rzeczywistości. Ale podległy im menadżer regionalny z błędu ich nie wyprowadza, bo boi się podskoczyć i podpaść - za dużo ma do stracenia. I stoi przed dylematem - trzymać ze swoim szefem czy z podległym sobie zespołem. Częściej wybiera szefa. I chcąc spełnić jego rozdmuchane oczekiwania musi maksymalnie docisnąć swoje zespoły. A że często brakuje mu umiejętności menadżerskich lub po prostu ma przed sobą nierealne zadanie do wykonania, to kończy się to „pałowaniem” podwładnych, a po pewnym czasie mniej lub bardziej świadomym wejściem w buty psychopaty. Żeby zobaczyć jak bardzo różnią się spojrzenia na tę samą rzeczywistość wystarczy posłuchać lub przeczytać kilka wywiadów z ludźmi zarządzającymi bankami, a następnie porozmawiać o tematach zawartych w wywiadach z szeregowymi pracownikami tych banków. Najczęściej będą to dwie mocno różniące się od siebie historie.
 
Żeby nie zostać posądzonym o nadmierną krytykę, malkontenctwo i hejterstwo, przedstawię teraz kilka pomysłów na to, jak według mnie zbudować wartościowe zespoły sprzedaży i jak nimi zarządzać oraz jak utrzymywać odpowiednie relacje z klientami. Po pierwsze zatrudnić trzeba ludzi dopasowanych do ściśle założonego wcześniej profilu. W tym wypadku takich, którzy są świetni merytorycznie, ale nie koniecznie potrafią pracować pod dużą presją sprzedażową, potrafią być lojalni i samodzielni, ale lubią kiedy ktoś wskazuje im ramy w jakich mają się poruszać, chcą się uczyć i rozwijać, ale bardziej w kierunku eksperckim a nie w kierunku szybkiego awansu. Pracując przez wiele lat w różnych bankach i kierując kilkoma projektami, spotkałem w trakcie prowadzonych rozmów rekrutacyjnych bardzo wielu takich ludzi. Oni mogą stanowić dla banków wielką wartość, ale niestety uciekają z tej branży, bo nie wytrzymują presji. W oparciu o takich pracowników można budować jakość obsługi klienta. Czy klient zaufa bankowi, kiedy przy każdej kolejnej wizycie w oddziale spotykać będzie nowe twarze zmieniających się pracowników? Czy zaufa bankowi, w którym (jeszcze do niedawna) dzieci w nieudolny sposób będą próbowały mu sprzedać kiepski i nie potrzebny mu do niczego produkt? Raczej nie. Smutne, że ta praca przestała być prestiżowa i dziś bardziej kojarzy się z mobbingiem i wyzyskiem niż możliwością rozwoju. Skoro zatem brakuje właściwych pracowników, to musi brakować także zaufania ze strony klientów. Bo kiedy klient znowu zaufa bankowi? Kiedy nawiąże trwałą relację i więź z obsługującym go pracownikiem, kiedy poczuje się doceniony w momencie, gdy taki pracownik zapyta go o coś, o czym rozmawiali przy okazji poprzedniego spotkania, nie będzie z nim anonimowo rozmawiał przez telefon, itd. Jak oglądam zagraniczne filmy i jest w nich scena w banku, to bankier jest najczęściej spokojnym panem w średnim lub starszym wieku, nigdzie się nie śpieszy, potrafi słuchać i jest wiarygodny. A gdyby taką scenę nakręcić w Polsce? Żeby odwzorować rzeczywistość musielibyśmy zobaczyć bardzo młodą osobę, zagubioną, która nie jest za bardzo zainteresowana potrzebami klienta, nie budzi zaufania i nie przekonuje poziomem swoich kompetencji. Oczywiście nie jest tak wszędzie, ale w wielu miejscach niestety jest.
 
Kolejnym bardzo ważnym elementem jest stworzenie systemu obejmującego wynagrodzenia, motywację, bonusy i przejrzystość w stawianiu zadań. Punktem wyjścia powinna być dochodowość wypracowana na portfelu klientów, dużą wagę powinny także posiadać zmierzone wyniki jakości obsługi klienta powiązane z lojalnością wobec pracodawcy i identyfikowaniem się z nim. Doceniany powinien być też staż pracy choćby przez podwyżki wynagrodzenia lub bonusy. Całością powinni kierować ludzie potrafiący znaleźć kompromis pomiędzy biznesem i jego mechanizmami, a ludzką twarzą firmy, którą reprezentują. Ich cele muszą być w 100% zbieżne z celami ich podwładnych, różnić je powinien tylko poziom odpowiedzialności. Dziś w tym, wydawałoby się oczywistym względzie, w wielu miejscach występują znaczne rozbieżności. Oczywiście mógłbym iść dalej w szczegóły opisanego wyżej pomysłu, ale tu się zatrzymam, bo  i tak już ten tekst zrobił się bardzo długi. A sens pewnie jest już możliwy do uchwycenia. Tak funkcjonujący bank chciałbym zobaczyć i wierzę, że kiedyś taki zobaczę. I takiego właśnie pracodawcy życzę moim licznym znajomym, którzy nadal w bankach pracują, czekając na lepsze czasy. Potrzeba tylko żeby do któregoś z zarządów trafił odważny człowiek z wizją, a wtedy cała branża kierowana swoją odwieczną skłonnością do naśladownictwa, przestawi się na inne tory. Czy potraficie wymienić dziś choć jedno nazwisko człowieka, o którym można powiedzieć, że jest osobowością polskiej bankowości, kandydatem na guru i legendę, z którym każdy chciałby pracować i od którego można się wiele nauczyć? A ilu znacie takich, o których można powiedzieć, że to zamordyści i psychopaci z mentalnością kaprala z zacofanej armii, którzy myślą głównie o sobie, a ludzie są dla nich tylko narzędziem pozwalającym przybliżyć się do realizacji coraz bardziej absurdalnych celów? No właśnie... Ja niestety tych drugich kilku wielu, a na tych pierwszych wciąż czekam. 

czwartek, 25 września 2014

Co robią banki kiedy zamierzają wystawić się na sprzedaż


W ostatnich latach wiele razy mogliśmy przeczytać informacje o tym jak to kolejny bank zamierza zmienić właściciela lub też połączy się z którymś z konkurentów. Krótko mówiąc – zniknie z rynku jako samodzielna jednostka. Część takich informacji z czasem się potwierdza, inne się nie potwierdzają, ale nadal regularnie spekuluje się w mediach o tym kto kogo zamierza przejąć. Z polskiej mapy bankowości zniknęło już wiele marek, rynek się konsoliduje i zostaje na nim coraz mniej graczy, ale za to z coraz większymi portfelami klientów. Oczywiście istnieje granica procesu konsolidacji, ale jak pokazuje życie nie została jeszcze osiągnięta. Świadczyć może o tym podany ostatnio news o tym jak to Alior Bank zamierza kupić udziały w Meritum Banku. Prawdę mówiąc ani mnie to ziębi ani grzeje. Znając nasze realia pewnie spodziewałem się, że Meritum Bank w końcu zniknie z rynku. I tak długo na nim funkcjonował. Kieruje tym bankiem prezes, który ma to szczęście, że jak jest w zarządzie jakiegoś banku to potem logo tego banku znika z krajobrazów polskich miast. Fortis, DNB Nord… Tych już nie ma. Szkoda tylko pracowników Meritum Banku, bo pewnie spotka ich taki sam los jaki spotkał wielu ludzi pracujących w przeszłości w innych bankach, które uczestniczyły w procesie fuzji. Posiłkując się językiem z filmu „Sztos” – coraz więcej wyjeb…ych będzie chodziło po mieście. W tym przypadku po Trójmieście, bo tam przecież mieści się centrala banku.
Ale nie o tym chciałem napisać. Ja zawsze lubię obserwować jak zachowuje się bank, który szykuje siebie do wystawienia na sprzedaż. Oczywiście wielu takich działań nie widać i są one rozciągnięte w czasie. Zamyka się nierentowne oddziały, redukuje zbędne etaty, obniża wynagrodzenia pracownikom, nowym pracownikom proponuje się niższe pensje, mniej wydaje się na bieżące zakupy, redukuje flotę samochodów, renegocjuje wszelkie możliwe umowy, itd. Ale są też działania, które widać i które mają na celu w krótkim czasie wpłynąć na poprawę portfela klientów. Portfela kredytowego szybko poprawić się nie da, ale pole do popisu pojawia się na odcinku kont osobistych i depozytów. Jeżeli śledzicie oferty banków i nagle któryś bank decyduje się na wprowadzenie super promocji, to z dużym prawdopodobieństwem szuka sposobów żeby obrosnąć w ładne kolorowe piórka, owinąć w sreberko i chodzić po świeżo skoszonej, równej, pachnącej i pomalowanej na zielono trawce. Wszystko po to żeby oglądający potencjalny kupiec potakiwał z uznaniem głową i na końcu zdecydował się na zapłacenie wyższej niż powinien ceny. Zdarzają się też oczywiście desperackie próby ratowania wyniku, ale to rzadziej. Posługując się opisanym wyżej kluczem trafiłem w tym tygodniu na następujący zestaw informacji:
  1. Alior Bank chce kupić Meritum Bank – o tym już napisałem wyżej
  2. Start kampanii Comperia Bonus 2
Czym jest kampania Comperia Bonus 2? Ci którzy pamiętają poprzednią kampanię Comperia Bonus (a działo się to kilka miesięcy temu) na pewno już się domyślają. Mechanizm jest bardzo prosty – klient otwiera przez Internet rachunek bankowy poprzez który zakłada lokatę i cieszy się atrakcyjnym oprocentowaniem tejże lokaty oraz dodatkowym bonusem, który otrzyma jako dowód wdzięczności za wstąpienie w poczet klientów promującego się w ten sposób banku. Przy poprzedniej kampanii promującym się bankiem był BGŻ Optima (czy przypadkiem BGŻ też nie przechodzi procesu sprzedaży…? J). A czyją lokatę promuje kampania Comperia Bonus 2? Napięcia dużego nie zbudowałem, bo i nie miałem jak, odpowiedź nikogo nie zaskoczy i będzie przewidywalna jak sedes dla hydraulika lub jak jutrzejsza pogoda dla bacy. Tak, tak – tym razem promowana jest lokata Meritum Banku. Czyli stara szkoła się sprawdza. Ale nie ma w tym nic złego. To nawet dobrze, bo klienci niczym nie ryzykują. Tylko mogą zyskać, bo nie każdego dnia można dostać aż tak dobrą propozycję. A jak wygląda ten produkt? Otóż każdy klient, który założy na dwa miesiące „Lokatę na start” (bo tak się nazywa ten produkt) w kwocie od 1.000 do 10.000 PLN z oprocentowaniem 5%, otrzyma dodatkowy bonus w wysokości 55 PLN (plus kolejne 5 PLN za pobranie aplikacji mobilnej Meritum Banku). Oczywiście dla tych, którzy szukają ciekawych ofert pozwalających inwestować duże pieniądze nie będzie to wielka atrakcja, ale dla osób dysponujących niższymi kwotami już tak. A dlaczego? Dlatego, że ten produkt pozwala efektywnie zarobić od 7% do nawet 40% w zależności od wysokości wpłaconej kwoty. Bonus nie jest opodatkowany i zostanie wypłacony do 24 grudnia 2014 r. Warunkiem skorzystania z promocji jest otwarcie darmowego konta mobilnego w Meritum Banku. W promocji nie biorą udziału osoby, które były klientami Meritum Banku po 01 października 2013 r. Całość formalności można przeprowadzić przez Internet. Lokata jest całkowicie bezpieczna, bo jak każdy tego typu produkt oferowany przez bank, podlega gwarancjom BFG. Całość wygląda naprawdę dobrze i pozwala na uzyskanie małego zastrzyku pieniędzy, które będą wypłacone w grudniu, jeszcze przed świętami. Czyli w najlepszym możliwym okresie, bo wtedy wydatki zawsze są duże.
Przyglądając się opisanej powyżej kampanii wypada życzyć wszystkim bankom żeby jak najczęściej myślały o wystawieniu się na sprzedaż i żeby dalej korzystały ze sprawdzonych metod pozyskiwania nowych klientów. Bo wtedy nam klientom przybędzie atrakcyjnych ofert i wariantów do wyboru. W tym wypadku nie mam żadnych wątpliwości, że promocja wypali i dzięki niej bank pozyska wiele tysięcy nowych klientów. A że konto będziemy otwierać w Meritum a zamykać w Aliorze? Pewnie dla wielu z nas to nic nowego. Ja sam ostatnio w ten sposób zamknąłem konto w Getinie, do którego trafiłem w spadku po innym banku, więc wiem o czy piszę. Na koniec jeszcze odrobina mniej lub bardziej dyskretnej prywaty – gdyby ktoś chciał skorzystać z promocyjnej lokaty Meritum Banku w ramach kampanii Comperia Bonus 2, można to zrobić klikając tutaj. Z tej okazji naprawdę warto skorzystać, bo niestety nie trafiają się takie zbyt często.    

środa, 17 września 2014

Subiektywne podsumowanie tygodnia


Od początku września prześladuje mnie reklama Credit Agricole zachęcająca do skorzystania z ich kredytu gotówkowego. Albo bank wykupił naprawdę dużo czasu antenowego, albo ja mam takie szczęście, że ciągle trafiam na tę reklamę. Ale widziałem ją już naprawdę mnóstwo razy. Kredyt nazywa się „prostoliczony”. Skoro bank tak często przypomina mi o tym produkcie, to z ciekawości postanowiłem poszukać szczegółów na jego temat. No i rzeczywiście ten kredyt musi być prostoliczony, a jego autorom to liczenie musiało sprawiać bardzo dużą przyjemność, bo doliczyli aż do 22. A dokładnie do 22,9. I to w procentach. Bo tyle właśnie wynosi RRSO tego kredytu. Dla porównania, podobny produkt reklamowany obecnie przez PKO BP, czyli Mini Ratka, musi nie być prostoliczony i to liczenie musi nie należeć do przyjemnych, bo w tym przypadku jego twórcy doliczyli tylko do 13,47. Ale jak wiadomo francuscy aktorzy zatrudniani w reklamach nie należą do najtańszych, a i ubezpieczenie do kredytu zawsze musi trochę kosztować. Dlatego klienci Credit Agricole powinni się cieszyć, że nikt nie wpadł na pomysł żeby policzyć dalej… A jak już jestem przy francuskich aktorach, to ostatnio słyszałem, że jeden z nich wypija dziennie 14 butelek wina. No i pewnie jest to wino z wyższej półki, więc zarabiać trzeba godnie żeby nigdy go nie zabrakło. Chociaż może nie jest to najlepszy przykład, bo ten konkretny aktor jakiś czas temu postanowił przefarbować się na Rosjanina.  

*****

Już wkrótce Idea Bank ma wprowadzić nową usługę. Otóż każdy klient banku będzie mógł zamówić przyjazd we wskazane przez siebie miejsce samochodu będącego jednocześnie bankomatem z funkcją wpłatomatu. Nie wiem po co to robią, bo pomysł wydaje się być bardzo kosztowny i nieadekwatny do  potencjalnych korzyści, ale bank jakiś sens musi w nim dostrzegać skoro go wprowadza. Jeżeli korzyść ma być czysto PR-owa to na pewno cel zostanie osiągnięty. Jeżeli da się na tym zarobić w inny sposób, to szacunek dla tego kto to wymyślił. Mnie nasuwa się taka analogia do lat dziewięćdziesiątych i początków wolnego rynku w Polsce. Wtedy też do przedsiębiorców przyjeżdżali po pieniądze panowie w niemieckich samochodach. Ale wtedy były one czarne, a teraz będą szaro-niebieskie. Wtedy ubrani byli w ciemne skórzane kurtki i mieli mało wyszukane fryzury. Teraz pewnie będą pod krawatem i ładnie uczesani. Wtedy się nie uśmiechali, a teraz będą uśmiechnięci. I wypada się tylko cieszyć, że w ciągu dwudziestu lat udało się w Polsce dokonać aż tak dużego skoku cywilizacyjnego i dotknąć normalności. Jak głosi stara prawda – lepiej banki tworzyć niż je napadać. To zdanie można odnieść do wielu dziedzin życia. Bardzo dobrze, że na własnej skórze możemy to odczuwać każdego dnia. Jeszcze tego nie doceniamy i ciągle narzekamy na wszystko co nas otacza, ale to też się kiedyś zmieni.

*****
PZU sfinalizowało transakcję zakupu Link4. Szkoda, bo Link4 wniósł na polski rynek ubezpieczeń trochę świeżości i kilka nowoczesnych rozwiązań w zakresie obsługi klienta. No i zmusił przez to swoją, często betonową, konkurencję do wprowadzania zmian. Zakładam, że klienci Link4 nie przyjęli z zachwytem informacji o trafieniu pod skrzydła PZU, bo wielu z nich spod tych skrzydeł całkiem niedawno świadomie i bez żalu uciekło. Ale takie są prawa rynku. Mam nadzieję, że jakaś inna firma szybko wypełni lukę po Link4. A swoją drogą ciekawe jak się czują pracownicy PZU podlegający trwającym od pewnego czasu w tej firmie zwolnieniom grupowym? To raczej nie najlepsze uczucie usłyszeć, że firmy nie stać na ich dalsze utrzymanie w strukturach, ale na wydanie ponad 90 mln euro na zakup innej firmy już tak…
 

środa, 3 września 2014

W NISZY: Kredyt dla profesjonalistów do 400 tys. PLN


Początek września to czas, kiedy zawsze widoczne jest ożywienie na rynku kredytów gotówkowych. W tym roku jest podobnie. Pojawiło się kilka promocji, nowych reklam w telewizji, oddziały banków szczelnie zakleiły nowe grafiki, czyli sezon ogórkowy możemy uznać za zamknięty. Produktowcy się postarali i dzięki temu możemy się dowiedzieć, że jeden bank gwarantuje nam najniższe oprocentowanie, drugi daje rok bez odsetek, trzeci kusi widocznym niskim procentem i niewidocznym obowiązkowym ubezpieczeniem, czwarty podobno ma produkt prosty do policzenia, piąty, szósty i siódmy też coś wymyśliły i wszystkim wydaje się, że mają najlepszy produkt. Podobną sytuację przerobimy jeszcze przed świętami, gdzie znowu zasypią nas pomysły kreatywnych specjalistów od marketingu. Ja jednak zawsze wychodzę z założenia, że skoro bank decyduje się na wykupienie drogich reklam w telewizji, to oczywiste jest, że o zapłacenie faktur za takie reklamy muszą zadbać jego klienci, płacąc odpowiednio wysokie raty kredytów. I dlatego ciekawych ofert szukam w bankach, które nie wydają milionowych kwot na reklamy swoich produktów.

I szukając takich ciekawych nowości na rynku trafiłem na nową ofertę kredytu dla profesjonalistów, która od początku września weszła do sprzedaży. Niby temat mocno wyeksploatowany przez wszystkie banki, niby wszyscy profesjonaliści albo już kredyt mają albo nadal dostają na maila po kilkanaście ofert tygodniowo, a mimo to banki nadal liczą na ściągnięcie do siebie kolejnych przedstawicieli najlepszych zawodów. Ale co można zrobić skoro już prawie wszystko było? Walka cenowa nie ma większego sensu, bo marże takich kredytów i tak są już niskie, dlatego trzeba szukać innego balonika do nadmuchania. I kierując się zapewne taką logiką w jednym z banków pojawiła się właśnie oferta kredytu na 400 tys. PLN w oparciu o estymację dochodów. Klient oświadcza jakie uzyskuje dochody lub tylko pokazuje swój staż w zawodzie i na tej podstawie wyliczana jest jego zdolność kredytowa. O kredyt mogą ubiegać się osoby prowadzące własną działalność gospodarczą i wykonujące jeden z następujących zawodów: lekarz, dentysta, prawnik, księgowy, biegły rewident, weterynarz. Kredyt można zaciągnąć na maksymalnie 7 lat i przeznaczyć na bieżący rozwój działalności lub refinansowanie kredytów w innych bankach. Koszt takiego kredytu to 3-miesięczny WIBOR plus marża 5,5% oraz prowizja przygotowawcza 1%. No chyba, że klient skorzysta z bardzo chętnie sprzedawanego przez bank jednego z kilku wariantów ubezpieczeń – wówczas prowizji nie będzie. Ale wiadomo jak to jest z ubezpieczeniami do kredytów…

Podsumowując – na pewno mamy do czynienia z ciekawym produktem pozwalającym na całkiem duże inwestycje lub na połączenie w jeden kredyt kilku innych zobowiązań. Sam bank ma dość duże doświadczenie w pracy z segmentem profesjonalistów, dlatego należy zakładać, że decyzja o wprowadzeniu produktu jest efektem wyciągniętych wniosków z funkcjonowania portfela kredytowego i wysokiej oceny jego jakości. Ale nie można też wykluczyć, że jest to desperacka próba ratowania planu sprzedaży przed zbliżającym się końcem roku, dlatego wszystkim osobom zainteresowanym tym produktem radziłbym nie zwlekać i korzystać z niego póki jest dostępny. Tak jak to mam w zwyczaju nie napiszę o ofertę którego banku chodzi. Osoby śledzące rynek na pewno już wiedzą o czym piszę, a pozostałych zapraszam do mailowego kontaktu z nami na adres kontakt@fincredo.pl. Chętnie odpowiemy na pytania, pomożemy złożyć wniosek i przejść przez wszystkie formalności.