wtorek, 22 grudnia 2015

Nie drażnić lwa


Rzadko w tym miejscu zdarza mi się stawać w obronie banków, ale tym razem to zrobię. Choć może nawet bardziej, a na pewno w równym stopniu, będzie to obrona zdrowego rozsądku. Od dwóch dni obserwuję zamieszanie dotyczące ING Banku Śląskiego powstałe po tym jak ich „twarz”, czyli Marek Kondrat, wziął udział w sobotniej demonstracji Komitetu Obrony Demokracji. To całe oburzenie, namawianie do zamykania rachunków (swoją drogą ciekawe, że nikt nie straszy, że w ramach protestu spłaci swój kredyt przed terminem), krytyka aktora – jak dla mnie to po prostu zwykła żenada i kompromitacja ludzi wyrażających takie opinie. Ale z drugiej strony to też powód do kolejnej refleksji i zastanowienia się w jakim kraju żyjemy i kim jest część ludzi, których każdego dnia mijam na ulicy. Od dwudziestu pięciu lat żyję w przekonaniu, że w Polsce panuje wreszcie normalność, mająca wiele niedoskonałości będących konsekwencją 40 lat wyniszczania przez komunę, ale jednak normalność. Doceniam fakt, jak bardzo zmieniło się życie w porównaniu do lat poprzedzających 1989 rok, które to lata pamiętam i w których miałem wątpliwą przyjemność żyć. Przecież teraz żyjemy w wolnym kraju (no chyba, że dziś w nocy w sejmie znowu coś nowego uchwalili, bo dokładnie nie śledziłem), gdzie ludzie mogą robić co chcą, a reszta ma to najzwyczajniej uszanować, dopóki nie pojawia się łamanie prawa lub jakaś inna ewidentna patologia. Jak ktoś chce iść na demonstrację to niech to zrobi, jak chce zobaczyć mecz swojej ulubionej drużyny to kupuje bilet i siada na trybunie stadionu, a jak chce iść do muzeum lotnictwa to idzie do muzeum lotnictwa. Przecież to proste i piękne jednocześnie. Nie akceptując tego można szybko popaść w paranoję, czego chyba wiele osób właśnie doświadcza. Jak ktoś chce iść tą drogą dalej to może niech sprawdzi czy przypadkiem na demonstrację Marka Kondrata nie przywiozła taksówką Agata Kulesza, która również występuje w reklamach ING Banku Śląskiego. Wtedy ją także będzie można przykładnie napiętnować. Może konta w tym banku powinni zamknąć również wszyscy miłośnicy piwa, wódki lub whisky, bo przecież Marek Kondrat promuje wina i na dodatek zawodowo zajmuje się ich dystrybucją? Kiedyś Marek Kondrat zagrał główną rolę w filmie „Dzień świra”. Ciekawe czy wtedy sądził, że życie tak szybko napisze swój scenariusz będący kontynuacją tego filmu…
Jeżeli ktoś chce zamknąć konto w będącym zupełnie niewinną ofiarą tej chorej walki politycznej ING Banku Śląskim, to niech to zrobi. Bank tego głośno nie powie, ale pewnie odetchnie z ulgą, że będzie miał w swoim portfelu mniej prymitywnych dziwolągów. Paradoksalnie może się to okazać dla nich dobrą reklamą i możliwością przekonania do siebie naprawdę wartościowych klientów. Za chwilę kolejną ofiarą tych chorych czasów będzie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która wkrótce zorganizuje swój kolejny finał, a która już teraz jest bezpardonowo atakowania przez swoich przeciwników, którzy po ostatnich wyborach poczuli się silniejsi. I nie ma znaczenia, że za chwilę są Święta, że zaczyna się czas, który warto chociaż przez chwilę spędzić inaczej. Ale nie, wrogość musi być okazywana zawsze i wszędzie. Trzeba bić, bić, bić, kopać, kopać, kopać. Chociaż dla Orkiestry to może i dobrze, bo na pewno się obroni. A im mocniejsze będą na nią ataki, tym więcej zbierze pieniędzy. Obstawiam, że i tym razem pobije kolejny rekord, z tą tylko różnicą, że bardziej spektakularny.
W tym roku zima nie dopisuje, jest ciepło, to bardziej jesień lub wczesna wiosna. Brak mrozu powoduje, że ciężko niektórym jest schłodzić umysły. Dlatego każdemu, który poszedł w stronę opisanego powyżej absurdu polecam jedną, za to sprawdzoną od lat metodę – dużo lodu!!!!!!!
 

piątek, 18 grudnia 2015

Przebudzenie mocy


Podobno wpisanie dwóch powyższych słów stanowiących tytuł tego posta powoduje natychmiastowy wzrost klikalności. Taki dzień, takie czasy i nic się na to nie poradzi. Marketing wygrywa. Ciekawe czy w statystykach mojego bloga ta zasada również znajdzie odzwierciedlenie. Przy okazji okaże się też ilu jest miłośników Gwiezdnych Wojen wśród osób interesujących się zagadnieniami finansowymi. Ale żeby nikt w tym momencie nie poczuł się jak królik doświadczalny to postaram się dalszą częścią tego wpisu nawiązać jednak do jego tytułu.
W ostatnich dniach z niewątpliwym przebudzeniem mocy mamy do czynienia na rynku kredytów hipotecznych. I to z przebudzeniem złych mocy w umysłach bankowców. To przebudzenie zostało poprzedzone przebudzeniem złych mocy w umysłach ekipy rządzącej, które z kolei było poprzedzone poprzedzeniem złych mocy w umysłach wyborców, choć w tym ostatnim przypadku są podobno spore wątpliwości czy złe moce miały w ogóle się w czym przebudzić... Ale wracając do pierwszego ogniwa tego łańcucha, czyli do banków, zadziałał u nich typowy mechanizm obronny połączony z odwiecznym instynktem zachłanności. Pojawiła się na horyzoncie groźba podatku do zapłacenia, więc na szybko trzeba się było zastanowić skąd wziąć pieniądze żeby starczyło i na podatek i na zachowanie odpowiednio wysokiego poziomu dochodów w kolejnym roku. Powstał problem, pojawił się pierwszy sposób na ograniczenie jego skutków, jest zatem alibi dla planowanego działania (no bo przecież okropna władza chce zabrać kasę biednym bankom…). Pozostało tylko czekanie kto pierwszy będzie na tyle odważny żeby ogłosić publicznie, że podnosi ceny. Przypomina to trochę grupkę dzieci, które chcą zrobić jakiegoś psikusa, pomysł mają w ich rozumieniu doskonały i brakuje tylko chętnego, który go zrealizuje, a potem uciekną całą gromadką zadowoleni i zachwyceni swoją kreatywnością. No i zawsze w takiej sytuacji znajdzie się jakiś Jasio, które weźmie na siebie ciężar odpowiedzialności, a przy okazji zdobędzie uznanie wśród kolegów. Tym razem w rolę Jasia wcielił się Deutsche Bank, który pierwszy ogłosił podwyżki, no a potem już poleciało hurtowo i kolejne banki w ciągu zaledwie kilku dni zrobiły to samo. W takiej sytuacji zawsze też znajdzie się jakiś cwaniak, który korzystając z okazji będzie chciał coś ugrać dodatkowo. W tym wypadku w buty cwaniaka wbił się mBank, który nie tylko podniósł marże swoich kredytów, ale zmianami objął także tych klientów, których wnioski były już od dawna w procesie. A co, kto im zabroni. Klientom się nie podoba? To niech wyp… To niech zmienią sobie bank. Na szczęście większość pozostałych banków zmianami objęła tylko te wnioski, które dopiero do nich trafią. Sytuacja jest rozwojowa więc pewnie w najbliższych kilku dniach łatwiej będzie wymienić banki, które na podwyżki się nie zdecydowały, niż te, które podwyżki już wprowadziły. Choć są dwa banki, których reakcja bardzo mnie ciekawi. Mam tu na myśli PKO BP i BZ WBK. No bo skoro wytłumaczeniem podwyżek ma być ma być fakt wprowadzenia przez nową ekipę rządzącą podatku bankowego, która to ekipa bardzo negatywnie ocenia decyzje banków o przerzucaniu kosztów podatku na klientów, a osobą w rządzie odpowiedzialną za szeroko pojęte sprawy gospodarcze jest były prezes BZ WBK, który tę funkcję przestał pełnić raptem kilka tygodni temu – to co się z tego może urodzić? W przypadku PKO BP sprawa wydaje się być prosta. Bank z udziałem skarbu państwa raczej nie ma tu dużego pola manewru i zmian uderzających pośrednio w rząd nie wprowadzi. To znaczy wprowadzi, ale później i małymi krokami tak żeby nikt się nie zorientował. Ale jak zachowa się BZ WBK? Czy przez szacunek i być może dobre relacje z byłym prezesem wstrzymają decyzje o podwyżkach? A może nie ma tam miejsca na sentymenty i zmiany wprowadzą? A może ich dotychczasowe marże należy uznać za tak wysokie, że nic nie muszą zmieniać i akceptują sytuację, w której rynek ich po prostu cenowo dogonił? Ja obstawiam, że jednak podniosą marże, ale zrobią to jako jedni z ostatnich, jak już kurz trochę opadnie i będzie to można zrobić bez większego ryzyka reputacyjnego i bez obecnego rozgłosu.
A co obecna sytuacja oznacza dla zwykłego klienta, który planował teraz zaciągnąć kredyt hipoteczny? Oczywiście oznacza podwyżki rat i ewentualnie spadek zdolności kredytowej. Bardzo uogólniając pewnie średnio każdy klient zapłaci miesięczną ratę wyższą o jakieś 100 PLN, a w skali roku dodatkowo jakieś 1200 PLN. Czyli szczęśliwy nikt nie będzie, no chyba, że ma dzieci i otrzyma póki co wirtualne 500 PLN dodatku na dziecko. Czy na naszych oczach powstaje nowa i całkiem liczna, kolejna po frankowiczach, grupa „pokrzywdzonych” kredytobiorców? Jeśli tak to ciekawe czy też będzie się potrafiła zjednoczyć, protestować i walczyć z systemem.
Na całą sytuację trzeba jednak spojrzeć też z trochę innej strony. Bo przecież każdy bank, który wprowadza podwyżki nie myśli teraz o tym, że to przełoży się na spadek sprzedaży i nie zmniejszy planów sprzedaży swoim pracownikom odpowiadającym za generowanie wyników. Nigdy tak banki nie robią to i teraz nie zrobią. Odpowiadający za realizację swojego planu doradca klienta czy dyrektor oddziału będzie więc szukał dodatkowych sposobów żeby klienta do siebie przyciągnąć i zatrzymać. Więc bardzo będzie się starał żeby na drodze indywidualnych negocjacji dostać zgodę na obniżenie warunków cenowych. Będzie pukał do drzwi swoich szefów i wywierał presję. Im gorsze będą wyniki sprzedaży, tym o takie odstępstwa będzie łatwiej, bo przecież każdy średniego lub wyższego szczebla menadżer sprzedaży posiadający kompetencje do obniżania ceny ma też swoje plany sprzedaży, a im dalej jest od ich realizacji, tym jego krzesło staje się coraz cieplejsze. I wtedy skłonność do różnego rodzaju ustępstw u niego również zdecydowanie wzrasta. Tylko trzeba wiedzieć w którym aktualnie banku, z kim i jak takie sprawy załatwić. Osoba nie znająca dobrze realiów branży bankowej może mieć z tym problem, dlatego gdyby ktoś potrzebował w tym względzie pomocy to oczywiście zapraszam do kontaktu z nami
J

 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Praca w sprzedaży produktów finansowych


Gdyby przypadkowo spotkanego człowieka zapytać z czym kojarzy mu się praca w sprzedaży produktów finansowych to co by odpowiedział? Z dużym prawdopodobieństwem powiedziałby, że to wyzysk, mobbing, dno i brak perspektyw. To trochę smutne, ja mam swoją opinię inną, ale też rozumiem wszystkich tych, których ocena jest negatywna. Bo branża finansowa przez lata bardzo mocno sobie zapracowała na każde złe słowo wypowiadane pod jej adresem. Banki, firmy pośrednictwa, brokerzy ubezpieczeniowi – wszyscy zawsze chcieli sprzedawać jak najwięcej, nie zawsze etycznie i nie koniecznie dbając przy tym o ludzi, którzy na ich wynik pracowali. A to oczywiście musiało przełożyć się na klientów, których opinia i poziom zaufania do doradców finansowych także są dalekie od ideału. Wartościowi kandydaci do pracy w tej branży już dawno się od niej odwrócili, trafiają tu tylko słabi lub nieświadomi. Nawet banki, które teoretycznie powinny uchodzić za prestiżowych pracodawców, od wielu lat borykają się z dużą rotacją i wiecznymi brakami w obsadzie swoich poszczególnych struktur sprzedażowych. I nie mam tu na myśli tylko stanowisk szeregowych. Ten problem dotyczy również stanowisk menadżerskich niższego szczebla. Dyrektor oddziału banku to w mojej opinii najbardziej niewdzięczna praca jaką tylko można sobie wyobrazić, a przy okazji też trudna i odpowiedzialna. Poświęcę kiedyś temu osobny wpis jak tylko znajdę trochę więcej czasu. Wracając jednak do głównego wątku tego wpisu – czy praca w sprzedaży produktów finansowych naprawdę musi być aż tak źle oceniana i aż tak bardzo odpychać od siebie potencjalnych kandydatów? Według mnie nie, ale to jest bardzo silnie uzależnione od ludzi, którzy w danej firmie kreują zasady tej pracy. Posłużę się pewnym przykładem i wizją, którą sam próbuję wdrożyć w życie. Otóż od pewnego czasu do swojej firmy próbuję zatrudnić 2-3 osoby, które będą potrafiły skutecznie umawiać spotkania z potencjalnymi klientami zainteresowanymi produktami kredytowymi. Nic na siłę ani w pośpiechu. Po prostu – jak trafi się odpowiednia osoba to otrzyma propozycję współpracy. Czy znalezienie takiej osoby to łatwe zadanie? Niestety nie. Jakość kandydatów jest dramatycznie niska, podobnie jak ich motywacja do pracy i chęć nauki. Dodam, że wcale nie szukam osób z doświadczeniem i z dobrymi wynikami osiąganymi u poprzednich pracodawców. Wręcz przeciwnie, najchętniej zatrudniłbym osoby bez doświadczenia, których wszystkiego nauczymy od podstaw. Jeżeli ktoś tylko posiada odpowiedni poziom wiedzy ogólnej, swobodnie i logicznie się wypowiada, potrafi i lubi sprawnie nawiązywać kontakty i budować relacje z innymi ludźmi, ma wewnętrzną motywację do pracy i jest odpowiedzialny za własne czyny, to na początek w zupełności wystarczy żeby rozpocząć taką pracę i mieć duże szanse na osiąganie w niej dobrych wyników. My jesteśmy bardzo elastyczni – możemy umówić się z kandydatem na pracę w niepełnym wymiarze czasu, podpisać z nim umowę w dogodnej dla niego formie, rozliczać się w ramach stawki godzinowej lub od osiąganych wyników – nie ma to dla nas znaczenia, jeżeli tylko kandydat nas do siebie przekona. To może być idealna praca dla studentów, którzy muszą pogodzić pracę z nauką, dla osób, które z osobistych powodów szukają pracy, którą mogą wykonywać nie wychodząc z domu, dla matek wychowujących dzieci i posiadających trochę wolnego czasu, który można poświęcić na wypracowanie dodatkowych dochodów, wreszcie dla osób, które aktywnie pracują zawodowo, ale chciałyby robić coś ponad swoje główne zajęcie. Z każdą taką osobą możemy rozmawiać i z dużym prawdopodobieństwem znaleźć odpowiedni kompromis – ważne żebyśmy tylko dostrzegli cechy, o których napisałem już wcześniej. Praca w sprzedaży produktów finansowych jest prosta. Wystarczą te same umiejętności sprzedażowe co w innych branżach, nie potrzeba specjalistycznego sprzętu, wyszukanego wyposażenia stanowiska do pracy, a do tego potencjalnym klientem może być praktycznie każdy człowiek, z którym się rozmawia. Jeżeli tylko ma się normalnych przełożonych, a firma nie ma rozdmuchanych ponad własne możliwości ambicji sprzedażowych, to satysfakcja z pracy może szybko przyjść. Tym bardziej, że na końcu może pojawić się także dobre wynagrodzenie, bo banki za sprzedaż kredytów póki co płacą pośrednikom całkiem sensowne stawki. Taka praca może być też dobrą przepustką do zrobienia w przyszłości większej kariery w świecie finansów, na co przykładów można podać wiele. Mnóstwo ludzi, którzy osiągnęli znaczące pozycje w bankach zaczynało właśnie od prostej pracy sprzedażowej, która krok po kroku wywindowała ich w górę. Ale żeby dać sobie szansę na lepszą przyszłość trzeba od czegoś zacząć. Wierzę, że z czasem praca w sprzedaży produktów finansowych zyska większą rangę, może nawet prestiż, bo nasz polski rynek trochę okrzepnie, bo klienci staną się bardziej wyedukowani, bo życie wymusi więcej etyki w działaniach firm działających w branży. I wtedy na pewno nowym osobom pojawiającym się na tym rynku będzie już trudniej zaistnieć. Dlatego mądry człowiek planujący dziś swoją karierę zawodową nie powinien skreślać tego kierunku tylko dlatego, że ktoś z jego znajomych się sparzył w takiej pracy lub dlatego, że przeczytał niepochlebne opinie na forach internetowych.
Nie wiem na ile podzielacie maje spojrzenie na ten temat. Zapraszam do dyskusji jeżeli ktoś będzie miał ochotę zamieścić swój komentarz. A jeżeli przeczyta ten wpis ktoś kogo taka praca interesuje to zapraszam do bezpośredniego kontaktu z nami. Nasz adres mailowy można znaleźć w zakładce „kontakt”.
 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Wyższa kultura matematyki


Raz na jakiś czas piszę na tym blogu teksty oceniające aktualne oferty dostępnych na rynku kredytów gotówkowych. I tak się jakoś dziwnie składa, że jak już kogoś krytykuję to jest to najczęściej Alior. Ktoś może powiedzieć, że to tendencyjne, albo że z jakiegoś prywatnego powodu ich nie lubię. Nic z tych rzeczy. Ja po prostu staram się wyłapywać te sygnały płynące z rynku, które w mojej ocenie wymagają opisania. Tak będzie i tym razem. I bohaterem (choć to chyba jest złe słowo) znowu będzie Alior. Tym razem moją uwagę zwróciła ich oferta, w której chwalą się jak to wspaniałomyślnie podarują swoim nowym klientom 3% wysokości ich kredytów, jeżeli tylko zdecydują się oni przenieść je właśnie do Aliora. I jeszcze do tego obniżą im miesięczną ratę. Brzmi dobrze? No pewnie. A coś daje dobrego oprócz złudzenia? Oczywiście nie. Marketing super, tylko oferta słaba... Ja wiem, że żyjemy w kraju ludzi myślących słabo. Przykre to, ale prawdziwe. Wystarczy każdego dnia przyglądać się otaczającej nas rzeczywistości i wyciągać proste wnioski. Ja tak robię i wnioski do których doszedłem najzwyczajniej mnie załamują. Najwyraźniej w Aliorze oceniają Polaków podobnie, bo zdecydowali się wdrożyć w życie taką ofertę i wyłożyć jeszcze kasę na jej promocję. Zakładam, że całkiem dużą, bo spoty w telewizji tanie raczej nie są. Jak widać hasło „nikt nam nie wmówi, że białe jest białe” wciąż jest żywe, a elektorat jego autora plus pewnie całkiem spora grupa reszty społeczeństwa, staje się świetnym dowodem na to, że wmówienie jej, iż coś w barwach brudnych i ciemnych może być białe, jest banalnie łatwe. A dlaczego? Bo jak ktoś komuś daje prezent w postaci 3% jego kredytu, jednocześnie pobierając od tego kredytu 10% prowizji to jest albo bezczelny, albo posiada pełną świadomość, że ma do czynienia z idiotą i może robić co chce. I tak właśnie zrobił Alior w swojej najnowszej promocji. Zapytałem ich na Twitterze czy dobrze zrozumiałem ich przekaz i nawet doczekałem się odpowiedzi. Tak ona wyglądała:
No cóż. Sprzedać można klientowi wszystko. W tym kraju pewnie nawet więcej niż wszystko. Jedyny plus, a właściwie plusik, tej oferty to możliwość obniżenia raty. To czasem komuś jest bardzo potrzebne. Nawet jeżeli odbywa się to poprzez wydłużenie okresu kredytowania, a nie przez korzystne oprocentowanie, czyli tak jak w tym przypadku. Więcej plusów niestety nie widzę. A ogólny obraz banku, jego nowej oferty i polityki wobec klientów w moich oczach pozostaje fatalny. Mogę nawet stwierdzić, że utrwalił się już we mnie na stałe, bo to przecież nie pierwszy raz kiedy tak postępują. Klientem takiego banku osobiście zostać nie chcę, czego i Wam, Drodzy Czytelnicy, życzę.
 

wtorek, 10 listopada 2015

Masz wolne 4 tysiące złotych i szukasz kredytu hipotecznego? Idź do Deutsche Banku


Koniec tego roku to ponownie wzmożony ruch na odcinku kredytów hipotecznych. Bo MdM, bo od stycznia wzrośnie minimalny wymagany wkład własny, bo media straszą, że będzie drożej jak nowa władza po wyborach poszuka kasy w bankach na realizację swoich obietnic, itd. No i co w takiej sytuacji mogą zrobić banki? Nie czekać i uderzyć w klientów już teraz. Nowym kosztem do swojego kredytu hipotecznego zaatakował właśnie Deutsche Bank. Ten kto to wymyślił wzorował się chyba na korporacjach taksówkowych, które biorą opłatę za „trzaśnięcie drzwiami”. Analogia w banku wygląda tak, że za rozpatrzenie wniosku hipotecznego każdy klient zapłaci bankowi 4.000 PLN. I to bez względu na kwotę, o którą zawnioskuje. Pozostałe stałe opłaty oczywiście pozostają bez zmian. Zmianie uległa co prawda marża, którą delikatnie obniżono, ale nie jest to poziom, który rzuca na kolana i na rynku można znaleźć lepsze oferty. Dla każdego, kto wnioskuje o kredyt hipoteczny, kumulacja wydatków następuje w momencie podpisania umowy kredytowej lub bezpośrednio po jej podpisaniu. Każdy kolejny wydatek to dodatkowe, znaczące i bolesne obciążenie. Można oczywiście ten koszt doliczyć do salda kredytu, ale nie każdemu pozwoli na to jego zdolność kredytowa, a nawet jeżeli pozwoli to jest to kolejne obciążenie skutkujące tym, że na dzień dobry saldo kredytu jeszcze bardziej oddali się od kwoty, którą faktycznie zapłaciło się za nabytą nieruchomość. I żeby było jeszcze śmieszniej to na wprowadzenie nowej opłaty decyduje się bank, który ma jeden z najgorszych procesów na rynku, gdzie wszystkie czynności przedłużają się w nieskończoność i gdzie wymysły analityków żądających od klientów kolejnych dokumentów ze zdrowym rozsądkiem nic nie mają nic wspólnego. Jeżeli ktoś chce czekać na decyzję kredytową kilka tygodni, w nieskończoność dopytywać co się dzieje z jego wnioskiem i dlaczego kolejny obiecany termin odpowiedzi nie został dotrzymany, dostarczać do banku w listopadzie 2015 roku swój PIT za rok 2013 (to dla tych, którzy prowadzą działalność gospodarczą) i to wszystko za jedyne 4.000 PLN – niech idzie do Deutsche Banku. Emocje gwarantowane. A kiedyś miałem takie dobre zdanie o tym banku. Kiedyś…

czwartek, 29 października 2015

Wpływ wyborów parlamentarnych na finanse osobiste


Wybory już za nami. Kurz opadł. Opozycja siada za sterami władzy. Wszystkie piloty i joysticki ich. Blisko 20% Polaków się cieszy, 12% się martwi, 50% tradycyjnie miało wybory w d….e i zostali w domach, pozostali głosowali na partie, które uzyskały niskie wyniki. Nowa władza ma kilka lat żeby się wykazać. Czy na płaszczyźnie finansów osobistych zmieni się coś na lepsze? Kilka obietnic wyborczych zostało powiedzianych głośno, dlatego oczekiwania w tym zakresie są jak najbardziej uzasadnione. Zmiana polityczna jest na tyle duża, że banki i pozostałe instytucje finansowe (no może poza SKOK-ami) mają się czego obawiać i w zamkniętych gabinetach pewnie trwają już narady jak przeciwstawić się potencjalnym zagrożeniom i dostosować do nowej rzeczywistości. Co z tego wyjdzie jeszcze nie wiadomo, póki co można z tego co najwyżej pożartować. Jeden z moich kolegów tuż po ogłoszeniu wyników wyborów przysłał mi sms’a z pomysłem dla Raiffeisena polegającym na tym, żeby do swojej oferty kont osobistych oprócz promowanego ostatnio Wymarzonego Konta dodali jeszcze Konto Wymodlone. Pewnie jest to jakiś pomysł dla marketingowców szukających dróg dotarcia do nowych klientów... Ja od siebie dołożę też jeden pomysł. Banki w swoich reklamach telewizyjnych często wykorzystują aktorów. ING ma Marka Kondrata, Eurobank Piotra Adamczyka, wcześniej inne banki też chętnie zapraszały do siebie przedstawicieli tej branży. Jeżeli któryś kolejny bank chciałby zatrudnić do swoich reklam aktora to podpowiadam – wolny jest Jerzy Zelnik…

Wracając jednak na poważnie do zmiany na szczytach władzy i tego jak ta zmiana wpłynie na nasze portfele, osobiście zawsze w takich momentach mam sceptyczne podejście do wszelkiego rodzaju obietnic, bez względu na to kto właśnie wygrał wybory. Tym razem słyszeliśmy o dofinansowaniu w wysokości 500 PLN na dziecko, wprowadzeniu podatku bankowego, obniżeniu wieku emerytalnego, zmianie wysokości podatków od dochodów, podwyżkach wynagrodzeń, likwidacji NFZ, itd. Typowy wyborczy koncert życzeń. Ale jest na tej liście jeden punkt, który przez wielu ludzi został potraktowany bardzo poważnie. Na jego realizację osoby te będą czekać i nie będzie ich cechowała nadmierna cierpliwość. Jest to punkt, który dotyczy najważniejszej dla wielu z tych ludzi wartości – czyli ich miejsca do życia. Domu, mieszkania, miejsca gdzie żyją i wychowują swoje dzieci i gdzie chcą czuć się bezpiecznie. Punktem tym jest oczywiście pomoc frankowiczom, która tak ochoczo była deklarowana w czasie kampanii prezydenckiej i już trochę mniej ochoczo poruszana w kampanii parlamentarnej. Prezydent Duda w maju tego roku, kiedy walczył o zwycięstwo w wyborach powiedział tak: „Odpowiedzialność za rozwiązanie problemu powinny wziąć na siebie banki, ale załatwić musi to państwo. Kredyty we frankach szwajcarskich mogłyby być przewalutowane według kursu z dnia, w którym były brane. Kredyty w obcej walucie zaciągnęły często osoby, które nie miały innego wyjścia, a zostały przez banki skłonione do zawarcia umów, w których zapisano liczne klauzule. Teraz wiele z tych osób jest w rozpaczliwej sytuacji, zwłaszcza jeżeli straciły pracę, a nieruchomości, które kiedyś kupili, z powodu zmian kursowych stały się wielokrotnie mniej warte niż kredyty, które mają do spłacenia. Sprawa jest pilna bo do żadnego rozwiązania problemu dotąd nie doszło, a deklaracje premier Ewy Kopacz i instytucji rynku finansowego były bardzo ogólne”. To tylko jedna z licznych wypowiedzi w tej sprawie. Wypowiedzi, z których płynęło jedno przesłanie – jak dojdę do władzy ja i partia, którą reprezentuję, problem kredytów w frankach zastanie rozwiązany. No to właśnie nadszedł dobry moment. Nowa władza ma w swoich rękach sejm, senat, urząd prezydenta, za chwilę stworzy rząd, a swoimi przedstawicielami zapełni wszystkie najważniejsze urzędy. Czyli co? Do dzieła. Pokażcie swoją skuteczność. Pokażcie, że PiS nie oszukuje swoich wyborców i bierze odpowiedzialność za swoje słowa. Zróbcie to. Bo jak nie zrobicie to przy najbliższej okazji wyborcy spuszczą was w kiblu. Tak jak w ostatnią niedzielę spuścili SLD.
 

piątek, 18 września 2015

Koszt zaciągnięcia kredytu. Czy pazerność ma jakieś granice?


Kiedy otwieraliśmy firmę doradztwa finansowego, a trochę czasu już od tego momentu minęło, zastanawialiśmy się na jakie wartości postawić i czym kierować się we współpracy z klientami. Uznaliśmy, że profesjonalna obsługa klienta połączona z wybieraniem dla niego zawsze najkorzystniejszych ofert, negocjowanie w jego imieniu z bankami warunków cenowych i zapisów w umowach, będzie tym co pozwoli zbudować nam dobrą markę i stale przyciągać do siebie nowych klientów. Rynek szeroko pojętej sprzedaży produktów finansowych od lat kojarzy się klientom źle. Doradca finansowy w świadomości wielu ludzi to bardziej pozbawiony elementarnej wiedzy na temat tego czym się zajmuje naciągacz i krętacz, niż doświadczony fachowiec z odpowiednim zapleczem merytorycznym, który na tak odpowiedzialnym gruncie jak prywatne pieniądze klientów, zawsze w uczciwy sposób będzie szukał najlepszych rozwiązań. Wierzyliśmy, że nasz pomysł i nasza filozofia będzie tym kierunkiem, w którym w niedalekiej przyszłości będzie podążał cały rynek, bo przecież jest w tym kraju coraz więcej dobrze wykształconych ludzi, bo jesteśmy w Unii Europejskiej, bo nowe technologie i media dają coraz łatwiejszy dostęp do informacji. Ale miesiące mijają i zamiast być coraz lepiej jest coraz gorzej. I co najgorsze, do narzucania tych złych wektorów przyczyniają się nawet niektóre banki, które w otwarty sposób dają przyzwolenie swoim siłom sprzedażowym na doliczanie do i tak już drogich kredytów, dodatkowych kosztów obciążających oczywiście klientów. Największy wpływ na taką sytuację ma niestety bardzo niska wiedza Polaków na temat finansów. Brak świadomości swojej pozycji finansowej, zdolności kredytowej, dostępnych na rynku produktów. A już zmorą jest podpisywanie bez przeczytania (lub przeczytanie bez zrozumienia) umów kredytowych i innych dokumentów generujących późniejsze zobowiązania, często na duże kwoty i na wiele lat. Beztroska, która często ma bardzo poważne konsekwencje. Ale czy to jeszcze powinno kogoś dziwić? Czy gdyby poziom naszego społeczeństwa mieścił się chociaż w minimalnych widełkach normalności to tyle osób korzystałoby z chwilówek, a na „występy” Ojca Bashobory Stadion Narodowy wypełniał się do ostatniego miejsca?

No dobrze, ale żeby powyższe przemyślenia miały odzwierciedlenie w rzeczywistości, przedstawię teraz przykład na to jak człowiek wykonujący poważny zawód, może zaciągnąć prosty kredyt i bezpowrotnie wyrzucić w błoto kilkadziesiąt tysięcy złotych. I to przy pełnej akceptacji takiego procesu przez bank, który mu ten kredyt udzielił i który oczywiście nie daje mu żadnej możliwości wycofania się z podpisanej w naiwny sposób umowy. Sytuacja miała miejsce na początku września. Zgłosił się do nas klient szukający dla siebie dodatkowego finansowania i pragnący przy okazji uporządkować swoje dotychczasowe zobowiązania kredytowe. Klient ten to osoba prowadząca indywidualną działalność gospodarczą i wykonująca zawód księgowego. Czyli ktoś, kto powinien znać się na finansach, kto potrafi liczyć, czytać, a ważne decyzje podejmuje świadomie i odpowiedzialnie. No właśnie… Pod koniec sierpnia do klienta zadzwonił człowiek zajmujący się pośrednictwem kredytowym i zaproponował pożyczkę na firmę. Konkretnie „Biznes Pożyczkę” firmowaną aktualnie przez Alior Bank, a do niedawna (czyli do momentu połączenia banków) będącą w ofercie Meritum Banku. Produkt słaby, drogi, ale łatwo i szybko dostępny, gdzie formalności ograniczają się do wypełnienia wniosku i pokazania kilku dokumentów. A jak wyglądają parametry tej pożyczki i jej koszty? Kwota brutto pożyczki to blisko 250 tys. PLN. Oprocentowanie nominalne 9,90%. Prowizja od udzielenia pożyczki należna bankowi to 10%, czyli blisko 25 tys. PLN. I teraz najlepsze – 15 tys. PLN z tytułu opłaty pobieranej przez pośrednika. Ten ostatni koszt z pełną aprobatą banku, potrącany z kwoty brutto kredytu. Klient jest o tym fakcie informowany na przedstawianej przez bank dyspozycji uruchomienia pożyczki, pod którą musi się podpisać. Ja rozumiem, że są na rynku firmy, które podpisują z klientami umowy, z których wynika, że klient za pomoc w znalezieniu na rynku kredytu płaci takiej firmie określone wynagrodzenie. Strony się tak umawiają i nikomu nic do tego, choć przystanie na takie warunki przez kredytobiorcę często jest po prostu głupie, bo taką samą ofertę może znaleźć na rynku bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Ale kiedy rolę pośrednika w pobieraniu takiego „haraczu” wciela się bank, to w mojej ocenie jest to dalekie od zdrowych zasad i etyki, czyli tego wszystkiego czym banki powinny się charakteryzować. Ale widocznie na wizerunek banku taka postawa źle nie wpływa, za to bardzo dobrze wpływa na zarabianie dużych pieniędzy zarówno przez bank i firmy go reprezentujące w procesie sprzedażowym, więc wszyscy są zadowoleni, łącznie z klientem, który otrzymał pieniądze i z tego się cieszy, bo patrzy tylko na kwotę przelaną mu na konto i na wysokość raty do zapłacenia. A że koszty takiej pożyczki w okresie jej spłaty podwoją wnioskowaną kwotę? Tu problemu nie ma, bo wyobraźnia klienta najczęściej aż tak daleko nie sięga. Na dzień dobry klient ma do spłaty 250 tys. PLN. Na konto dostał 210 tys. PLN. Żeby było jeszcze śmieszniej, co miesiąc do każdej raty klient będzie miał doliczaną prowizję administracyjną w wysokości 0,2%. Odstąpić od pożyczki po podpisaniu umowy oczywiście nie może, bo to produkt firmowy i nie podlega pod ustawę o kredycie konsumenckim, a opłata za ewentualną wcześniejszą spłatę to kolejne 3%. W tym wypadku naiwność klienta kosztowała 40 tys. PLN plus drogie odsetki i inne opłaty, które będzie płacił przez najbliższe 10 lat. Podobno za głupotę trzeba płacić. To prawda i ten klient też zapłaci. Tylko, że w tym konkretnym przypadku chciwość banku i pośrednika kredytowego została wyśrubowana przesadnie wysoko. Rola pośrednika ograniczyła się do wykonania telefonu i wypełnienia wniosku. Za to wziął kilkanaście tysięcy prowizji pobranej od klienta plus prowizję od banku. Można powiedzieć, że to przykład przedsiębiorczej osoby, która potrafi szybko zarabiać pieniądze. Pewnie tak, tylko klient mając już teraz świadomość swojej naiwności i głupiej decyzji, którą podjął, dołączył do grona ludzi mających jak najgorsze zdanie o bankach i ludziach pracujących w branży finansowej. Jednorazowo ktoś zarobił, ale relacji z takim klientem na przyszłość już mieć nie będzie żadnej, to pewne. Takich przykładów jak ten można wymienić wiele. Każdego dnia klienci zaciągający kredyty ponoszą gigantyczne koszty okołokredytowe, a wszystko to za cichym przyzwoleniem banków i instytucji państwowych regulujących ten rynek. Słabe to jest. Hasła w stylu „Wyższa kultura bankowości” brzmią w takich okolicznościach jak czyste szyderstwo, zresztą od dawna nie słyszałem żeby ktoś ich używał. Swoją filozofię pracy w branży finansowej opisałem na początku tego posta. Zamierzam być jej wierny, chociaż coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że należę do gatunku, który jest jak mamuty. Już wymarł.    

czwartek, 20 sierpnia 2015

Miłośnicy przytulania mogą być rozczarowani


Koniec wakacji to najczęściej czas, kiedy rynek kredytów gotówkowych na nowo się ożywia. Wydatki związane z wysłaniem dzieci do szkoły lub zbyt duże koszty szaleństw na wakacjach powodują, że wiele osób potrzebuje dofinansowania. Miejsc gdzie to można zrobić jest oczywiście wiele, ale ja tym razem postanowiłem przyjrzeć się jednemu – Bankowi BPH. Od wielu tygodni w telewizji można zobaczyć spot reklamowy zachęcający do skorzystania z promocji „Przytul odsetkę”. Najczęściej widziałem go na jednym z kanałów przeznaczonych dla dzieci, co trochę mnie irytuje, ale rozumiem, że sprytny autor kampanii poprzez słodkie pluszaki występujące w reklamie, chce wzbudzić sympatię u młodego widza, która to sympatia następnie przełoży się na jego rodziców. Mechanizm samego produktu jest bardzo prosty i zachęcający – klient zaciąga kredyt, regularnie spłaca kolejne raty, a po roku bank oddaje mu wszystkie zapłacone odsetki. Super. Tylko banki aż tak dobre dla swoich klientów przecież nie są i swoje muszą zarobić. No to jak sprawdzić ile nas tak naprawdę ten kredyt będzie kosztował? Powinno być to proste zadanie, bo przecież hasło banku brzmi: „Po prostu fair”. A jak ktoś jest fair to niczego nie ukrywa i podaje klientowi wszystkie ważne informacje „na tacy”, bez żadnych gwiazdek w umowach, normalnym językiem pozbawionym prawniczego slangu i dużą, rzucającą się w oczy czcionką. Z tym nastawieniem rozpocząłem poszukiwania informacji o faktycznym koszcie tego promocyjnego kredytu. Na początek chciałem poznać jego RRSO. Czytałem uważnie tekst na dole ekranu w tracie kolejnych emisji reklamy, ale niestety informacji o RRSO nie znalazłem. Tekst oczywiście napisany małą czcionką, średnio widoczny, mogłem przeoczyć. Odszukałem zatem filmik reklamowy w Internecie. Tam z wykorzystaniem funkcji pauzy także nie znalazłem informacji o RRSO. Inne banki taką informację zawsze podają, dotychczas żyłem w przeświadczeniu, że nawet mają taki obowiązek, ale widocznie BHP w swoim silnym dążeniu do bycia fair ten szczegół pominął. Ale za to na końcu filmiku można przeczytać informację, że żadna z odsetek, w których rolę wcieliło się kilkanaście pluszaków, w trakcie nagrania nie ucierpiała. Dobre chociaż tyle. Nie wiadomo niestety co z panem z brodą, który również występuje w filmiku. Pozostaje wierzyć, że on też nie ucierpiał. Nie zrażając się pierwszym niepowodzeniem postanowiłem poszukać informacji o kosztach promocyjnego kredytu na stronie banku. Tam niestety informacji też nie znalazłem. Co prawda jest podane oprocentowanie dla nowych klientów (od 4,9%), jest nawet podane do tego RRSO, ale jest też dopisana informacja, że nie dotyczy to klientów chcących „przytulić odsetkę”. W tym momencie już wiedziałem, że interesującego mnie RRSO na stronie nie znajdę. Skoro nie RRSO to może chociaż prowizję przygotowawczą gdzieś podali. Szukam zatem dalej. Jest tabela opłat i prowizji dla kredytów gotówkowych. Otwieram. I jest!!! 19,90%, ale pocieszają, że mogą obniżyć… Tylko dalej chcą być fair i nie obiecują, ani nie informują od czego to uzależniają. Ale coś już wiem. Jak wezmę kredyt na 10 tysięcy złotych to mogę zapłacić aż 1.990 złotych prowizji. No i oczywiście tu już słodkiego przytulania nie będzie… Nikt tego nie odda. Czar prysł. Ale dla pewności postanowiłem zadzwonić jeszcze na infolinię banku. Szybko odebrali. To bardzo fair wobec klienta, szanują jego prywatny czas. Pani bardzo miła, to też dobrze. Zadaję pytania. Niestety pani nie ma wiedzy na temat RRSO dla tej promocji, o oprocentowaniu nominalnym mówi, że powinno być na poziomie 7,9%. Twierdzi też, że prowizji 19,90% to oni w ogóle nie mają… Prowizja będzie między 3,9% a 15,9%, ale najczęściej jest to 11,9%. To bardzo fair ze strony banku, że niczego nie obiecują i niczego nie mówią na pewno, bo przecież gdyby później musieli się z czegoś wycofać to byłoby to nie fair…

Podsumowując – dobrze, że promocja banku trwa tylko do końca sierpnia. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł żeby ją przedłużyć. Przy takim podejściu banku do transparentności na pewno osobiście ominę z daleka tę promocję i nie skuszę się na przytulenie odsetek. Bo jak nie wiem ile mnie coś kosztuje to tego nie kupuję. I dzięki temu jestem po prostu fair. Wobec siebie. I wobec zdrowego rozsądku.

wtorek, 2 czerwca 2015

Wreszcie jest na rynku ciekawa propozycja kredytu konsolidacyjnego


Dla wszystkich, którzy spłacają wysokie raty kredytów gotówkowych wreszcie pojawiła się ciekawa możliwość ucieczki w dobry produkt konsolidacyjny oraz szansa na odczuwalne obniżenie miesięcznych obciążeń. Banki bardzo lubią łupić klientów na odsetkach, ubezpieczeniach, wysokich prowizjach i rzadko wypuszczają na rynek ofertę, o której można powiedzieć, że jest tania. Takiej doczekać się można tylko w dwóch przypadkach - gdy bank wystawia się na sprzedaż i chce sztucznie napompować portfel klientów oraz gdy zamierza wejść na giełdę i chce pokazać wszystkim potencjalnym akcjonariuszom jaki to jest fajny i jak parametry na wszelkiego rodzaju słupkach i wykresach pokazują dynamiczny trend wzrostowy. Oczywiście wyniki sprzedaży też muszą pokazać wzrosty i mamy właśnie możliwość obserwacji takiego zjawiska. Całkiem niedawno mogliśmy usłyszeć i przeczytać informację, że na giełdę planuje wejść Bank Pocztowy. Minęło klika dni i mamy pierwszy efekt - promocję kredytu konsolidacyjnego. W jej nazwie pojawiło się słowo "diabelska". Oprocentowanie wynosi 6,66%, prowizja przygotowawcza oczywiście też jest na poziomie 6,66%. Bank pewnie liczy, że tymi warunkami diabelsko zamiesza na rynku. I według mnie ma na to realne szanse, bo po tym jak wszystkie Aliory i temu podobni w swojej pazerności dostawcy kredytów powrzucali do swoich produktów dwucyfrowe prowizje (czasem nawet z dwójką z przodu...), oferta Pocztowego wygląda naprawdę dobrze. A jak dodam do tego jeszcze okres trwania umowy do 120 miesięcy i maksymalną kwotę kredytu 150 tysięcy złotych, to dla wielu klientów może to być niepowtarzalna szansa obniżenia rat swoich kredytów. Trzeba się jednak spieszyć z podjęciem stosownych działań, bo promocja trwa tylko do końca lipca, a jak zrobi się o niej głośno, to znając życie dział analiz w banku szybko się zakorkuje. Atutem oferty jest jeszcze fakt, że na konsolidację musi zostać przeznaczona kwota w wysokości minimum 50% wysokości kredytu - reszta może być nowym kredytem. Do kredytu nie ma dodawanych żadnych ubezpieczeń, co może być kolejnym źródłem oszczędności, szczególnie dla tych klientów, którzy przy obecnie spłacanych kredytach wykupili drogie ubezpieczenia. Przenosząc taki kredyt dostaną zwrot części składki na konto, co często będzie kwotą wyrażoną w tysiącach złotych. Taki zastrzyk gotówki w połączeniu z obniżeniem raty, która dzięki wydłużeniu okresu spłaty kredytu do 10 lat może znacząco spaść, może oznaczać uwolnienie dużej części miesięcznych dochodów przeznaczanych dotychczas na spłatę rat. Jak ktoś szukał pieniędzy na zbliżające się wakacje to właśnie je znalazł.
Na tym blogu dużo częściej zdarza nam się krytykować szeroko pojęty rynek finansowy niż go chwalić. I to nie dlatego, że jesteśmy wrogo do niego nastawieni, ale dlatego, że po prostu rzadko są powody do chwalenia. Dlatego tym bardziej cieszę się, że wreszcie taki powód się znalazł. A że bank musi wejść na giełdę żeby zdobyć się na przedstawienie klientom naprawdę dobrej oferty... No cóż, w takim kraju żyjemy. Jak mawiał pewien  pseudoklasyk - ciemny lud to kupi. Nawet kredyt z 20-procentową prowizją przygotowawczą i oprocentowaniem w wysokości 10%. Dlatego banki nie muszą się specjalnie starać i prowadzić wojen cenowych. Na szczęście tym razem choć na chwilę może być inaczej.

 ******************************

Jeżeli szukasz szczegółowych informacji na temat opisanego powyżej kredytu konsolidacyjnego lub chciałbyś złożyć wniosek o taki kredyt, wyślij wiadomość bezpośrednio do przedstawiciela banku, którego adres uzyskasz klikając tutaj.

 

środa, 1 kwietnia 2015

Uroczy pomysł RWE


Dziś tekst trochę nie na temat, wykraczający poza zakres tego bloga, a jeśli nie wykraczający to na pewno mocno peryferyjny. Chociaż z drugiej strony na upartego mogę napisać, że będzie dotyczył ważnej dla każdego sprawy jaką jest oszczędzanie na kosztach energii elektrycznej.

Opiszę pewną sytuację, której miałem okazję być uczestnikiem. Otóż kilka dni temu w swojej skrzynce na listy znalazłem awizo. Wystawione przez In Post, do odbioru we wskazanym przez nich punkcie. Od Poczty Polskiej różnią się tym, że nie pracują w soboty, a w tygodniu godziny odbioru też są mało dogodne. Ale trudno, nie mam na to wpływu. Pomyślałem sobie, że może to coś ważnego, może znowu jakaś zacna państwowa instytucja coś ode mnie chce, więc postanowiłem przesyłkę odebrać. Tak ułożyłem dzień żeby zdążyć przed zamknięciem punktu odbioru. Byłem 15 minut przed podaną godziną zamknięcia. Wchodzę do oddziału ERGO Hestii (bo tam właśnie mieści się punkt odbioru…) i widzę kolejkę. Niestety, co pewnie martwi pracujących tam agentów ubezpieczeniowych, nikt nie przyszedł po ubezpieczenie, za to wszyscy po odbiór przesyłek. Jakieś 10 osób. Stanąłem grzecznie w kolejce i czekam. Tempo było wolne, więc nudząc się patrzyłem na wnętrze pomieszczenia. To co zwróciło moją uwagę to ustawione prawie pod sam sufit kartony, z których wystawały pudełka z logo RWE. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się co jest w środku. Po około 30 minutach wreszcie nastała moja kolej. Pani, której wręczyłem awizo uśmiechnęła się i wręczyła mi jedno z pudełek RWE, po czym powiedziała z jeszcze większym uśmiechem: „Zaraz się pan wkurzy”. Zabrałem przesyłkę, wróciłem do samochodu i ją odpakowałem. W środku koperta zawierająca kilka kartek oraz pudełeczko z ziemią i nasiona trawy… RWE zabrało mi prawie godzinę mojego prywatnego życia żeby przesłać mi pudełko z trawką. I jak ktoś na myśl o tym poczuł teraz przyjemny dreszczyk odrywający go od rzeczywistości, to informuję, że chodzi o zwykłą trawę, taką jakiej pełno na każdym polskim zasranym przez psy trawniku. Pomyślałem zatem, że może koperta zawiera jakieś ważne informacje. Po jej otwarciu i przeczytaniu treści dowiedziałem się, że RWE zmienia właśnie taryfy, ale jak podpiszę nową umowę na jedyne 3 lata to moje koszty mogą pozostać na niezmienionym poziomie. Dodam, że mój miesięczny rachunek to koszt około 60 złotych. Czyli jak podpiszę to dalej będę płacił 60 złotych, a jak nie podpiszę to pewnie jakieś 63. Czy naprawdę z tak bzdurnego powodu trzeba wysyłać klientom przesyłki listem poleconym i zabierać im ich prywatny czas? Nie można tego wysłać zwykłym listem lub po prostu mailem? No chyba, że ta trawka była aż tak ważna… A najbardziej rozwaliło mnie ostatnie zdanie, które przeczytałem w liście, a które zaczyna się od słów: „Cenimy czas naszych klientów, dlatego pozostajemy do Państwa dyspozycji…” Nie wiem kto w tej firmie odpowiada za marketing i co nim kierowało przygotowując taką „ciekawą” akcję. Może podłączył się pod zbyt wysokie napięcie, a może ktoś mu odciął prąd – coś na pewno się stało… Rozumiem, że praca w marketingu RWE jest pewnie równie pasjonująca jak praca w marketingu ZUS-u albo zakładu pogrzebowego i nie pracują tam same orły, ale trochę wyobraźni by się jednak przydało. Nie wiem też co kierowało członkiem zarządu i dyrektorem pionu klientów że podpisali się pod takim gniotem. Wiem natomiast, że od teraz o RWE na pewno będę jeszcze cieplej, kurwa, myślał. Do teraz kojarzyli mi się tylko z drożyzną i monopolistycznym molochem. Teraz dojdzie do tego jeszcze bezmyślność. Nie wiem do jak dużej liczby firm została wysłana podobna przesyłka (bo z tego co ustaliłem zostali objęci tą akcją klienci prowadzący działalność gospodarczą), ale pewnie trzeba to liczyć w grubych tysiącach. A to oznacza, że wydali na to bardzo duże pieniądze. Może nie tyle wydali co wyrzucili w błoto. Ale kto bogatemu zabroni? Tym bardziej jak robi to przy okazji wprowadzania podwyżki? Dawno nie widziałem tak efektownego samobója. Zirytować klienta zabierając mu jego prywatny czas, wręczając informację o podwyżce i do niczego niepotrzebną trawkę. Można sobie strzelić w kolano, ale po co od razu wystrzelać w to kolano cały magazynek? Tego już nie wiem. Kilka dni temu odbyła się jak co roku akcja Godzina dla Ziemi. Przyznaję bez bicia – nie zgasiłem światła. Ale przez godzinę, którą zabrało mi RWE też go nie zapaliłem, więc chyba mogę uznać, że akcję zaliczyłem…     

poniedziałek, 23 marca 2015

Jak znaleźć tani kredyt gotówkowy


Polacy zawsze lubili wszelkiego rodzaju promocje i możliwości zaoszczędzenia chociaż drobnych kwot przy okazji wszelkich większych lub mniejszych zakupów. Jest wtedy powód do satysfakcji i dzielenia się ze znajomymi radością zaoszczędzenia np. 50 PLN przy zakupie nowych butów albo 20 groszy na litrze paliwa podczas tankowania samochodu. Wszystko fajnie tylko zastanawiam się dlaczego ten mechanizm nie działa kiedy dochodzi do wyboru produktów finansowych. A w szczególności kredytów. Tu od wielu lat największym powodzeniem cieszą się różnego rodzaju miniratki, kredyty prosto liczone czy inne wynalazki ostatnich tygodni z prowizją przygotowawczą 25%... I prawie nikt nie zwraca uwagi na fakt, że RRSO na poziomie dwudziestu kilku procent to wcale nie jest super okazja i powód do satysfakcji. W naszych postach już wiele razy pisaliśmy o kredytach gotówkowych i bankach, które pod przykrywką dobrego marketingu wciskają klientom bardzo drogi produkt. Zasada żeby nigdy, ale to nigdy, nie decydować się na kredyt, który jest promowany we wszelkiego rodzaju kampaniach reklamowych jest cały czas aktualna. Ale skoro takich kampanii nadal jest bardzo dużo to znak, że naiwnych klientów także musi być dużo. A żeby nie dołączyć do grupy naiwnych i mieć rzeczywiście powód do satysfakcji z realnie zaoszczędzonych i to całkiem dużych pieniędzy wystarczy zrobić prostą czynność. Jaką? Otóż trzeba iść do banku, który w naszej ocenie wydaje się być najtańszy. Zapytać tam o ofertę kredytu na interesującą nas kwotę i okres, a następnie poprosić pracownika banku o jej wydrukowanie w formie formularza informacyjnego. Kolejny krok to pójście z tym formularzem do 2-3 innych banków (oczywiście tych, które aktualnie nie reklamują swojego kredytu gotówkowego) i poinformowanie, że weźmiemy u nich kredyt, o ile warunki cenowe będą lepsze niż te na wydrukowanym formularzu. Prosty przykład – w ostatnich dniach dla jednego z naszych klientów w opisany powyżej sposób znaleźliśmy ofertę kredytu na kwotę 60.000 PLN z oprocentowaniem 7,99%, prowizją przygotowawczą 4%, bez ubezpieczenia, umową na 84 miesiące i RRSO na poziomie 11,09%. Klient był bardzo zadowolony, a zakładam, że gdybyśmy jeszcze lepiej poszukali, to warunki mogłyby być jeszcze lepsze. Banki prowadzą między sobą dużą wojnę o klienta na kredyt gotówkowy. Warto to wykorzystać i płacić odsetki nawet o połowę niższe od tych standardowych. A jak ktoś nie ma czasu na takie zabawy to zawsze to zadanie może powierzyć nam. Wystarczy przesłać swoje dane wypełniając ten formularz. I dodam jeszcze, że opisany powyżej przykład dotyczy nie tylko nowych kredytów, ale także tych, które będą przenoszone z banku do banku.
 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Jak znaleźć tani leasing na nowy samochód? Podpowiadamy

Od czasu do czasu podpowiadamy Wam w tym miejscu jak na atrakcyjnych warunkach skorzystać z produktów finansowych, które standardowo kosztują znacznie drożej. Mimo że zajmujemy się doradztwem i pośrednictwem finansowym i oferujemy naszym klientom całe mnóstwo różnych produktów, to na tym blogu staramy się raczej wyrażać nasze opinie niż prowadzić działania sprzedażowe. Ale czasem robimy wyjątki, jeżeli uznamy, że któryś z produktów naprawdę warto polecić. I tak właśnie jest tym razem. Nasza rekomendacja dotyczy leasingu i oferty dużej firmy leasingowej, która obowiązuje niestety tylko do końca tego tygodnia i dotyczy zakupu nowych samochodów. Czasu trochę mało, ale jeżeli ktoś na początku roku planował kupić nowy samochód, na przykład z wyprzedaży poprzedniego rocznika, to może okaże się, że ta informacja dotrze do takiej osoby w najbardziej optymalnym momencie. A dlaczego uważamy, że tę ofertę warto polecić? Już wyjaśniamy. Najlepiej na dwóch krótkich przykładach, które zamieszczam poniżej.
Przykład 1
Umowa leasingowa na 5 lat, opłata wstępna 15%, wartość końcowa 1%, łączny koszt leasingu 107,66%
Przykład 2
Umowa leasingowa na 3 lata, opłata wstępna 15%, wartość końcowa 1%, łączny koszt leasingu 104,99%
Wiem, że odwiedzają naszego bloga osoby, które specjalizują się tylko w leasingu i być może są w stanie polecić jeszcze lepsze oferty. Jeśli tak to zachęcam do podzielenia się tą wiedzą w komentarzach. Nam jednak powyższe warunki wydały się atrakcyjne i to bardzo, bo wcześniejsze propozycje, które przedstawialiśmy naszym klientom były po prostu droższe, a zawsze staramy się szukać najtańszych rozwiązań. Oferta jest ważna do piątku, ale biorąc pod uwagę, że cały proces można przeprowadzić na skanach to tego czasu jednak trochę jeszcze jest, tym bardziej że klient może być praktycznie z każdego miejsca w Polsce. Jeżeli zainteresowałem kogoś powyższą propozycją i pojawi się potrzeba bardziej szczegółowych rozmów na temat leasingu to zapraszam do kontaktu. Wystarczy przesłać nam swoje dane wypełniając krótki formularz dostępny tutaj.

środa, 28 stycznia 2015

Ubierz franka w mniejsze buty


Ostatnie dni, czyli te po 15 stycznia, to ciągle przewijający się przez media jeden motyw – frank, frank, frank i jeszcze raz frank. Temat rozłożono na czynniki pierwsze, odkręcono każdą najmniejszą śrubkę, prześwietlono i zbadano najdokładniejszymi mikroskopami. Teraz dla spłacających kredyt w szwajcarskiej walucie nastał dobry moment żeby przejść od słów do czynów i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rzeczywistości z „czwórką” z przodu. Jednym z rozwiązań, które pozwolą złagodzić kaca wywołanego koniecznością płacenia wyższych rat jest otwarcie i aktywne korzystanie z konta w kantorze internetowym. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy jeszcze takiego rachunku nie mają. Kilka tygodni temu już o tym pisałem, ale tym razem skupię się na moich wrażeniach z testowania konkretnego rachunku w jednym z kantorów. A dokładniej w kantorze liderwalut.pl. Nie wiem jakie są Wasze doświadczenia z tą firmą lub ogólnie z tego typu usługami, ale ja póki co o tym konkretnym kantorze nic złego napisać nie mogę, mimo że moja wrodzona skłonność do czepiania się lub chociaż delikatnej szydery mocno się o to upomina. Korzystanie z kantoru rozpocząłem oczywiście od założenia darmowego rachunku. Prosta rejestracja, wymagająca podania tylko kilku podstawowych informacji. Warto wcześniej przygotować sobie numery swoich rachunków bankowych w PLN oraz walutowych, pozostałe informacje każdy powinien podać z pamięci. Całość zajmuje pewnie mniej czasu niż chociażby założenie konta mailowego na którymś z najbardziej popularnych portali. Po wysłaniu formularza dostałem na mój adres mailowy wiadomość z linkiem do aktywacji rachunku i po kliknięciu w link stałem się aktywnym klientem kantoru. Kilka chwili później dostałem kolejną wiadomość - tym razem, tu miła niespodzianka, kantor poinformował mnie, że pierwsza transakcja, na którą się zdecyduję, zostanie przeprowadzona po specjalnych, niższych kursach. To tak na zachętę. Jak widać duża konkurencja robi swoje i już od pierwszej minuty o klienta trzeba zawalczyć nawet jak już się zarejestrował. A jak wyglądają same transakcje? Do tej pory przeprowadziłem dwie, może to jest jeszcze za mała próba na daleko idące wnioski, ale obie przebiegły bardzo sprawnie. No i bardzo szybko. W szczegółach (na przykładzie jednej transakcji) wyglądało to tak: o godz. 13.44 złożyłem dyspozycję kupna waluty (wypełnienie kilku pól na formularzu, czynność ta zajęła około 30 sekund), natychmiast dostałem wytyczne dotyczące przelewu jaki muszę wykonać ze swojego konta złotówkowego na konto złotówkowe kantoru znajdujące się w tym samym banku, co zostało potwierdzone przesłanym do mnie mailem. Zalogowałem się zatem na moje konto w banku i dokonałem przelewu zgodnie z wytycznymi co zajęło mi kolejnych kilka minut. Następnie wylogowałem się z konta i poczekałem na rozwój wypadków. O godz. 14.00 dostałem potwierdzenie mailowe z kantoru, że przelew złotówkowy został prawidłowo zaksięgowany. O godz. 14.16 dostałem kolejnego maila z informacją, że transakcja została zrealizowana i zakupioną walutę przelano już na moje konto. Zalogowałem się ponownie do mojego banku i rzeczywiście na moim koncie walutowym znajdowały się już pieniądze. Czyli całość zamknęła się w około pół godziny, gdzie mojej faktycznej aktywności było tylko kilka minut. Żeby było jeszcze ciekawiej następnego dnia dostałem kolejną wiadomość z kantoru tym razem zawierała ona informację, że otrzymuję darmowy bilet do kina do wykorzystania w sieci Multikino. Miło, ale to chyba była jakaś czasowa promocja i nie wiem czy teraz też można liczyć na dodatkowy bonus.

Teraz kilka słów o ważnej kwestii, czyli o tym ile tak naprawdę można zyskać korzystając z tego kantoru. Myślę, że najprościej jest to sprawdzić porównując bieżący kurs w kantorze z kursem wybranego banku. Ja wybrałem największy polski bank, czyli PKO BP (na potrzeby tego wpisu kursy sprawdziłem wczoraj, czyli 27/01/2015, godz. 16.30). Jakie są wyniki tego ćwiczenia? W kantorze liderwalut.pl kurs kupna franka wynosił 4.1236 a kurs sprzedaży 4.1389. W tym samym czasie PKO BP na swojej stronie internetowej pokazywało kurs kupna 4.0323 i kurs sprzedaży 4.2646. Jeżeli zatem ktoś płaci ratę kredytu w wysokości 500 CHF to korzystając z kantoru internetowego zapłaci 2061.80 PLN a w PKO BP 2132.30 PLN. Jednorazowa oszczędność wynosi zatem 70.50 PLN, co w skali roku da kwotę blisko 850 PLN. A przecież podałem tu kurs banku, któremu nie wypada przeginać z spreadami, tym bardziej po tych wszystkich słowach wypowiedzianych w ostatnich dniach przez przedstawicieli rządu. Zachęcam wszystkich do sprawdzenia kursów w bankach, w których macie swoje kredyty lub konta. Jestem przekonany, że w wielu przypadkach oszczędności na ratach będą jeszcze większe. Czy warto się po nie schylić? Ja uważam, że tak. Ale oczywiście każdy może mieć własne zdanie. Jeżeli po przeczytaniu tego tekstu znajdzie się ktoś, kto chciałby założyć rachunek w opisanym wyżej kantorze to zachęcam do zrobienia tego poprzez ten link. W Internecie znajdziecie całe mnóstwo informacji na temat różnych kantorów, w tym kilka porównywarek i na pewno to także warto przeanalizować. Wybierając kantor koniecznie trzeba sprawdzić czy posiada on rachunek w banku, z którego będziecie wykonywać przelew i do którego mają trafić kupowane waluty. Omijanie banków w procesie zakupu waluty potrzebnej do spłacania kolejnych rat kredytów to naprawdę jest świetne rozwiązanie. Wiele osób już z niego korzysta, ale została jeszcze liczna grupa, która nadal korzysta z wysokich kursów bankowych. Czas to zmienić. Banki i tak dużo zarabiają. Im już wystarczy.

piątek, 16 stycznia 2015

Szwajcaria - tu się oddycha...


Wczoraj zdarzył się jeden z tych dni, które pozostają na dłużej w pamięci, zapisują się na kartach historii i do których często się powraca. Świat wstrzymał oddech, bo Szwajcarzy postanowili pogrzebać przy swojej walucie wykorzystując narzędzia wywołujące ogólny szok. To bez wątpienia bardzo ważne wydarzenie, które dla wielu ludzi w Polsce ma istotne przełożenie na ich życie. Tego oczywiście nie chcę kwestionować. Rozumiem też, że wiele osób mogło poczuć zaniepokojenie, zagrożenie lub nawet załamanie - w zależności oczywiście od wysokości aktualnego salda zadłużenia swojego kredytu we frankach. Zapewne taka sytuacja wywołała u nich potrzebę dotarcia do wartościowych informacji i opinii na temat aktualnych wydarzeń.
 
Media oczywiście zareagowały bardzo szybko. Dokładnie w taki sam sposób, w jaki reagują w przypadku zamachu terrorystycznego, katastrofy samolotu lub śmierci jakiegoś ważnego człowieka. Żółte albo czerwone paski, programy specjalne na żywo i oczywiście całe mnóstwo zapraszanych ekspertów. I tu pojawia się mój wewnętrzny opór. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę na to patrzeć. Ani tego słuchać. Ani nawet tego czytać. W jednej chwili spadła na mnie lawina informacji. Niestety bardzo wątpliwej jakości. Ale za to przekazanych w atmosferze psychozy. Zupełnie jakby relacjonowali właśnie koniec świata a nie wahnięcie waluty małego w skali Europy państwa. I ci wszyscy pseudo eksperci, którzy jeszcze dwa tygodnie temu przedstawiali prognozy na 2015 rok przekonując jak to kurs franka się nie zmieni lub nawet spadnie. Często są to ci sami ludzie, którzy 8-10 lat temu w trakcie takich samych występów w mediach przekonywali jak to warto zaciągać  kredyty hipoteczne w szwajcarskiej walucie. Nie wiem jak powinno się relacjonować tego typu wydarzenia i nie podam tu swoich pomysłów, nie jestem ani specem od mediów ani dziennikarzem. Ale jako odbiorca takich treści wiem, że coraz gorzej przychodzi mi ich przetrawienie i obecna formuła ich przekazu już mi nie odpowiada. Widzę tylko ślepą pogoń za sensacją przekładającą się na przychody z reklam i powtarzające się twarze ludzi udających, że coś wiedzą i ogarniętych silną potrzebą parcia na szkło. A jedyny wniosek jaki wyciągnąłem po tym całym zamieszaniu jest taki, że g...o warte są słowa i deklaracje ludzi odpowiedzialnych w Szwajcarii za zarządzanie ich narodową walutą. Jeszcze w grudniu deklarowali, że nic nie będą zmieniać no i... zmienili. A uważałem ich za poważnych fachowców, finansistów z najwyższej półki. Szkoda, że jednym ruchem spuścili w kiblu swoje wartości i wieloletnie tradycje. Henryk Kwinto się pewnie w grobie przewraca...

---------------------------------------------------
Jeżeli lubisz czytać nasze wpisy to od teraz możesz otrzymywać na bieżąco informacje o publikacji nowych postów. Zapraszamy do polubienia i obserwowania naszych stron. 

środa, 14 stycznia 2015

Nowoczesne oddziały bankowe - czy są potrzebne?


W ostatnim czasie coraz częściej można w różnych miejscach przeczytać informacje na temat innowacyjnych placówek bankowych, które to mają być jeszcze bardziej przyjazne, jeszcze bardziej innowacyjne i tak inteligentne, że wkrótce pewnie swoją inteligencją przerosną klientów i pracowników razem wziętych. Trend ten rozpoczął Citibank przedstawiając placówkę, którą nazwał Smart, potem swoim nowoczesnym oddziałem pochwalił się mBank, a od niedawna pompuje wizerunek swojej nowej placówki Idea Bank. O tym ostatnim projekcie kilka dni temu rozpływał się w zachwytach na swoim blogu pewien znany dziennikarz z pewnej dużej gazety. Nawet film nagrał i zamieścił w Internecie. Po prostu sam cukier się wylewał z tego przekazu. Zabrakło tylko pod tekstem dwóch słów – artykuł sponsorowany, ale może to tylko moje wypaczone odczucie człowieka, który akurat ten bank zawsze traktował jako opcję ostatniego wyboru i nic mnie pewnie nigdy nie przekona do zmiany tej optyki. Ale nie o tym miał być ten tekst.

Osobiście rzadko korzystam z oddziałów bankowych. Są mi one do szczęścia potrzebne tak samo jak dotacje dla górników, Adam Hofman w polityce albo kolejne buspasy na warszawskich ulicach. Ale skoro tyle się o nich mówi to postanowiłem odwiedzić jeden tych nowych oddziałów. Konkretnie tak bardzo zachwalaną przez Citibank placówkę typu Smart. Chciałem wykonać prostą czynność – zrezygnować z usługi Citiphone a wraz z nią z opłaty, którą to bank właśnie wprowadził do swojej tabeli opłat i prowizji wraz z początkiem stycznia. Oddział, do którego się udałem mieści się w jednej z warszawskich galerii handlowych. Poszedłem tam pod koniec grudnia. Żeby uniknąć ewentualnej kolejki wybrałem godziny poranne i do oddziału wszedłem kilkanaście minut po jego otwarciu. Wewnątrz było już kilku klientów, ale nie musiałem czekać i szybko zainteresował się mną jeden z pracowników. Zapytał w czym może pomóc, a jak mu powiedziałem w jakim celu przyszedłem, zaprosił mnie do jednego z czterech stanowisk umieszczonych na środku oddziału przy jednym dużym stole. Zaproponował kawę, był miły i uśmiechnięty. Do tego momentu wszystko ok. Niestety szybko okazało się, że jego wiedza nie jest jeszcze na wysokim poziomie, czyli pewnie był nowy - jak większość pracowników oddziałów w większości banków. Na moje pytanie nie potrafił do końca odpowiedzieć, ale nie poddał się i poszedł sprawdzić. Zniknął na chwilę na zapleczu oddziału, ale wcześniej zdążył wyświetlić na monitorze informację o moich produktach z widocznymi aktualnymi saldami. I tu według mnie pojawia się dość istotna niezręczność, bo monitor teoretycznie znajduje się w zasięgu wzroku innych klientów. Wystarczy, że ktoś stoi w kolejce do bankomatu, który znajduje się tuż obok. Wtedy jeżeli chce - widzi wszystko. A to dla części klientów może być niekomfortowe. Ale idźmy dalej. Po 2-3 minutach wrócił mój doradca i udzielił odpowiedzi na pytanie, które zadałem. Jednocześnie poinformował mnie, że mogę złożyć pisemną dyspozycję rezygnacji z usługi na co wyraziłem zgodę. No i tu kolejny zgrzyt, bo okazało się, że po jedną stronę wydrukowanego formularza doradca ponownie musiał iść na zaplecze żeby zdjąć kartkę z drukarki. Jeżeli tak wygląda to zawsze to ktoś według mnie źle tę funkcjonalność zaprojektował. Rozumiem, że drukarka to już od lat pospolite i nie pasujące do nazwy „smart” urządzenie i może nie współgrać z ideą innowacyjności, której tak bardzo chciał poszukać Citibank, ale skoro bank nie znalazł innej formy potwierdzania z klientem składania dyspozycji, to według mnie powinien zapewnić swoim pracownikom możliwość wydruku w zasięgu ich rąk. Idąc dalej – doradca przyglądając się moim transakcjom na koncie poinformował mnie, że niesłusznie naliczana jest co miesiąc opłata za kartę do konta. Żeby ją zlikwidować namówił mnie do złożenia reklamację. Z tym że mogłem to zrobić tylko poprzez zalogowanie do bankowości internetowej. Czyli zrobiłem coś co mogłem zrobić sam z domu lub z biura. Żeby było śmieszniej w otrzymanej po kilku dniach z banku odpowiedzi okazało się, że reklamacja była bezzasadna, bo opłata występuje w tabeli opłat i prowizji dla mojego typu rachunku i w żadnym wypadku nie może zostać zdjęta. Pracownik oddziału mimo dobrych chęci wprowadził mnie w błąd, a ja straciłem niepotrzebnie kolejnych kilka minut.

Reasumując: nowy oddział Citibanku dość ładnie się prezentuje, na pewno można o nim powiedzieć, że wygląda nowocześnie, ale też przesadnie dużego zachwytu we mnie nie wywołał. Wewnątrz jest bardzo dużo światła, w mojej ocenie trochę za dużo, co powoduje, że przy okazji jest też gorąco. Kompetencje pracownika, który mnie obsługiwał, muszę niestety ocenić nisko i z innowacyjnością oraz satysfakcjonującym mnie poziomem nie miały one nic wspólnego, choć trzeba podkreślić, że się starał i był przychylnie nastawiony do klienta, co niestety w bankach nie jest jeszcze normą. W Internecie ciągle są oferty pracy na stanowisko doradcy do oddziałów Smart, dlatego wnioskuję, że bank ma permanentny problem ze skompletowaniem obsady tych placówek i niski poziom obsługi klienta to nie był tylko mój pech ale raczej typowa sytuacja. Wniosek z tego taki, że dziś zdecydowanie łatwiej jest kupić duże ekrany i zadbać o atrakcyjny desing niż znaleźć odpowiednich pracowników (lub dać im odpowiednio wysoką pensję).

Czy chciałbym tam pójść ponownie? Pewnie nie, bo wizyta tam nie dała mi żadnej wartości dodanej. Sprowadziła się dokładnie do tego co sam mogę zrobić przez Internet. Co więcej wprowadzono mnie w błąd co dodatkowo zniechęca mnie do ponownej wizyty. Mam duży sentyment do Citibanku i jestem jego klientem od kilkunastu lat, ale jak dla mnie tworzenie takich oddziałów to marnowanie pieniędzy i nie wróżę im sukcesów i dalszego intensywnego rozwoju. Bez względu na to, który bank na ich wprowadzenie się zdecyduje. Spodziewam się, że będą tak samo niedochodowe jak wiele innych, tradycyjnych oddziałów i sukcesywnie zamykane wraz z kolejnymi restrukturyzacjami sieci lub fuzjami banków.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Nie masz jeszcze postanowienia noworocznego? Oto podpowiedź

Początek stycznia to czas, kiedy wiele osób głośno deklaruje różnego rodzaju postanowienia noworoczne. Później, w trakcie roku, z ich wypełnieniem bywa różnie, ale w momencie deklaracji zapał jest duży. Czasem postanowienia bywają zbyt ambitne lub pracochłonne i ciężko je zrealizować, dlatego mam dziś dla wszystkich pomysł na banalnie proste postanowienie, które na koniec roku może skutkować znacznymi oszczędnościami w prywatnych budżetach i w którego wypełnieniu znacząco Wam pomożemy. Pomysł ten jest skierowany do tych osób, które spłacają kredyty i wygląda następująco: w 2015 roku obniżę swoje raty kredytowe. A dlaczego jest banalnie prosty? Bo wystarczy zeskanować umowy swoich kredytów i/lub harmonogramy ich spłat i przesłać je do nas. My zajmiemy się ich analizą i zaproponujemy na końcu konkretne rozwiązania. I nie ma znaczenia czy jest to kredyt gotówkowy, hipoteczny, firmowy, karta kredytowa czy pożyczka poza bankowa. Poszukać oszczędności można zawsze i jest to nawet wskazane. Skoro regularnie robi się przegląd samochodu to dlaczego nie zrobić przeglądu swoich zobowiązań kredytowych?
 
 
Rynek się zmienia, pojawiają się nowe oferty i promocje, klienci zmieniają pracę lub zwiększają się ich dochody, a wszystko to powoduje, że zdolność kredytowa dziś może wyglądać zupełnie inaczej niż w momencie zaciągnięcia kredytu. A ratę kredytu można przecież obniżyć na wiele sposobów. Część banków udziela dziś kredytów na dłuższe okresy niż kiedyś, swoje zobowiązania zawsze też można połączyć w jeden kredyt, czasem wystarczy zrezygnować z drogiego ubezpieczenia do kredytu dzięki czemu oprócz niższej raty otrzymuje się także zwrot części składki – to tylko wybrane pomysły, których oczywiście może być znacznie więcej. Dlatego warto zadbać o swoje zobowiązania i poszukać w nich oszczędności, tym bardziej, że to nic nie kosztuje. Za analizę umów, wyszukanie korzystniejszej oferty oraz przeprowadzenie wszystkich formalności związanych ze złożeniem wniosku klient nie płaci żadnych prowizji, a jedyne co trzeba zrobić to zmusić się do odszukania i przesłania nam kilku dokumentów. Jeżeli kogoś zainspirowałem do działania powyższym wpisem to zapraszam do kontaktu – na początek wystarczy wypełnić formularz, do którego link zamieszczam tutaj. Jeżeli nie zainspirowałem to życzę miłego płacenia kolejnych rat kredytów w dotychczasowej ich wysokości. Istnieje jeszcze możliwość, że zaglądający tu posiadacze kredytów świetnie potrafią się poruszać wśród ofert kredytowych, wybierać tylko te najlepsze i jeszcze negocjować z bankami ich warunki – tym wszystkim szczerze gratuluję J