piątek, 18 września 2015

Koszt zaciągnięcia kredytu. Czy pazerność ma jakieś granice?


Kiedy otwieraliśmy firmę doradztwa finansowego, a trochę czasu już od tego momentu minęło, zastanawialiśmy się na jakie wartości postawić i czym kierować się we współpracy z klientami. Uznaliśmy, że profesjonalna obsługa klienta połączona z wybieraniem dla niego zawsze najkorzystniejszych ofert, negocjowanie w jego imieniu z bankami warunków cenowych i zapisów w umowach, będzie tym co pozwoli zbudować nam dobrą markę i stale przyciągać do siebie nowych klientów. Rynek szeroko pojętej sprzedaży produktów finansowych od lat kojarzy się klientom źle. Doradca finansowy w świadomości wielu ludzi to bardziej pozbawiony elementarnej wiedzy na temat tego czym się zajmuje naciągacz i krętacz, niż doświadczony fachowiec z odpowiednim zapleczem merytorycznym, który na tak odpowiedzialnym gruncie jak prywatne pieniądze klientów, zawsze w uczciwy sposób będzie szukał najlepszych rozwiązań. Wierzyliśmy, że nasz pomysł i nasza filozofia będzie tym kierunkiem, w którym w niedalekiej przyszłości będzie podążał cały rynek, bo przecież jest w tym kraju coraz więcej dobrze wykształconych ludzi, bo jesteśmy w Unii Europejskiej, bo nowe technologie i media dają coraz łatwiejszy dostęp do informacji. Ale miesiące mijają i zamiast być coraz lepiej jest coraz gorzej. I co najgorsze, do narzucania tych złych wektorów przyczyniają się nawet niektóre banki, które w otwarty sposób dają przyzwolenie swoim siłom sprzedażowym na doliczanie do i tak już drogich kredytów, dodatkowych kosztów obciążających oczywiście klientów. Największy wpływ na taką sytuację ma niestety bardzo niska wiedza Polaków na temat finansów. Brak świadomości swojej pozycji finansowej, zdolności kredytowej, dostępnych na rynku produktów. A już zmorą jest podpisywanie bez przeczytania (lub przeczytanie bez zrozumienia) umów kredytowych i innych dokumentów generujących późniejsze zobowiązania, często na duże kwoty i na wiele lat. Beztroska, która często ma bardzo poważne konsekwencje. Ale czy to jeszcze powinno kogoś dziwić? Czy gdyby poziom naszego społeczeństwa mieścił się chociaż w minimalnych widełkach normalności to tyle osób korzystałoby z chwilówek, a na „występy” Ojca Bashobory Stadion Narodowy wypełniał się do ostatniego miejsca?

No dobrze, ale żeby powyższe przemyślenia miały odzwierciedlenie w rzeczywistości, przedstawię teraz przykład na to jak człowiek wykonujący poważny zawód, może zaciągnąć prosty kredyt i bezpowrotnie wyrzucić w błoto kilkadziesiąt tysięcy złotych. I to przy pełnej akceptacji takiego procesu przez bank, który mu ten kredyt udzielił i który oczywiście nie daje mu żadnej możliwości wycofania się z podpisanej w naiwny sposób umowy. Sytuacja miała miejsce na początku września. Zgłosił się do nas klient szukający dla siebie dodatkowego finansowania i pragnący przy okazji uporządkować swoje dotychczasowe zobowiązania kredytowe. Klient ten to osoba prowadząca indywidualną działalność gospodarczą i wykonująca zawód księgowego. Czyli ktoś, kto powinien znać się na finansach, kto potrafi liczyć, czytać, a ważne decyzje podejmuje świadomie i odpowiedzialnie. No właśnie… Pod koniec sierpnia do klienta zadzwonił człowiek zajmujący się pośrednictwem kredytowym i zaproponował pożyczkę na firmę. Konkretnie „Biznes Pożyczkę” firmowaną aktualnie przez Alior Bank, a do niedawna (czyli do momentu połączenia banków) będącą w ofercie Meritum Banku. Produkt słaby, drogi, ale łatwo i szybko dostępny, gdzie formalności ograniczają się do wypełnienia wniosku i pokazania kilku dokumentów. A jak wyglądają parametry tej pożyczki i jej koszty? Kwota brutto pożyczki to blisko 250 tys. PLN. Oprocentowanie nominalne 9,90%. Prowizja od udzielenia pożyczki należna bankowi to 10%, czyli blisko 25 tys. PLN. I teraz najlepsze – 15 tys. PLN z tytułu opłaty pobieranej przez pośrednika. Ten ostatni koszt z pełną aprobatą banku, potrącany z kwoty brutto kredytu. Klient jest o tym fakcie informowany na przedstawianej przez bank dyspozycji uruchomienia pożyczki, pod którą musi się podpisać. Ja rozumiem, że są na rynku firmy, które podpisują z klientami umowy, z których wynika, że klient za pomoc w znalezieniu na rynku kredytu płaci takiej firmie określone wynagrodzenie. Strony się tak umawiają i nikomu nic do tego, choć przystanie na takie warunki przez kredytobiorcę często jest po prostu głupie, bo taką samą ofertę może znaleźć na rynku bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Ale kiedy rolę pośrednika w pobieraniu takiego „haraczu” wciela się bank, to w mojej ocenie jest to dalekie od zdrowych zasad i etyki, czyli tego wszystkiego czym banki powinny się charakteryzować. Ale widocznie na wizerunek banku taka postawa źle nie wpływa, za to bardzo dobrze wpływa na zarabianie dużych pieniędzy zarówno przez bank i firmy go reprezentujące w procesie sprzedażowym, więc wszyscy są zadowoleni, łącznie z klientem, który otrzymał pieniądze i z tego się cieszy, bo patrzy tylko na kwotę przelaną mu na konto i na wysokość raty do zapłacenia. A że koszty takiej pożyczki w okresie jej spłaty podwoją wnioskowaną kwotę? Tu problemu nie ma, bo wyobraźnia klienta najczęściej aż tak daleko nie sięga. Na dzień dobry klient ma do spłaty 250 tys. PLN. Na konto dostał 210 tys. PLN. Żeby było jeszcze śmieszniej, co miesiąc do każdej raty klient będzie miał doliczaną prowizję administracyjną w wysokości 0,2%. Odstąpić od pożyczki po podpisaniu umowy oczywiście nie może, bo to produkt firmowy i nie podlega pod ustawę o kredycie konsumenckim, a opłata za ewentualną wcześniejszą spłatę to kolejne 3%. W tym wypadku naiwność klienta kosztowała 40 tys. PLN plus drogie odsetki i inne opłaty, które będzie płacił przez najbliższe 10 lat. Podobno za głupotę trzeba płacić. To prawda i ten klient też zapłaci. Tylko, że w tym konkretnym przypadku chciwość banku i pośrednika kredytowego została wyśrubowana przesadnie wysoko. Rola pośrednika ograniczyła się do wykonania telefonu i wypełnienia wniosku. Za to wziął kilkanaście tysięcy prowizji pobranej od klienta plus prowizję od banku. Można powiedzieć, że to przykład przedsiębiorczej osoby, która potrafi szybko zarabiać pieniądze. Pewnie tak, tylko klient mając już teraz świadomość swojej naiwności i głupiej decyzji, którą podjął, dołączył do grona ludzi mających jak najgorsze zdanie o bankach i ludziach pracujących w branży finansowej. Jednorazowo ktoś zarobił, ale relacji z takim klientem na przyszłość już mieć nie będzie żadnej, to pewne. Takich przykładów jak ten można wymienić wiele. Każdego dnia klienci zaciągający kredyty ponoszą gigantyczne koszty okołokredytowe, a wszystko to za cichym przyzwoleniem banków i instytucji państwowych regulujących ten rynek. Słabe to jest. Hasła w stylu „Wyższa kultura bankowości” brzmią w takich okolicznościach jak czyste szyderstwo, zresztą od dawna nie słyszałem żeby ktoś ich używał. Swoją filozofię pracy w branży finansowej opisałem na początku tego posta. Zamierzam być jej wierny, chociaż coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że należę do gatunku, który jest jak mamuty. Już wymarł.    

czwartek, 20 sierpnia 2015

Miłośnicy przytulania mogą być rozczarowani


Koniec wakacji to najczęściej czas, kiedy rynek kredytów gotówkowych na nowo się ożywia. Wydatki związane z wysłaniem dzieci do szkoły lub zbyt duże koszty szaleństw na wakacjach powodują, że wiele osób potrzebuje dofinansowania. Miejsc gdzie to można zrobić jest oczywiście wiele, ale ja tym razem postanowiłem przyjrzeć się jednemu – Bankowi BPH. Od wielu tygodni w telewizji można zobaczyć spot reklamowy zachęcający do skorzystania z promocji „Przytul odsetkę”. Najczęściej widziałem go na jednym z kanałów przeznaczonych dla dzieci, co trochę mnie irytuje, ale rozumiem, że sprytny autor kampanii poprzez słodkie pluszaki występujące w reklamie, chce wzbudzić sympatię u młodego widza, która to sympatia następnie przełoży się na jego rodziców. Mechanizm samego produktu jest bardzo prosty i zachęcający – klient zaciąga kredyt, regularnie spłaca kolejne raty, a po roku bank oddaje mu wszystkie zapłacone odsetki. Super. Tylko banki aż tak dobre dla swoich klientów przecież nie są i swoje muszą zarobić. No to jak sprawdzić ile nas tak naprawdę ten kredyt będzie kosztował? Powinno być to proste zadanie, bo przecież hasło banku brzmi: „Po prostu fair”. A jak ktoś jest fair to niczego nie ukrywa i podaje klientowi wszystkie ważne informacje „na tacy”, bez żadnych gwiazdek w umowach, normalnym językiem pozbawionym prawniczego slangu i dużą, rzucającą się w oczy czcionką. Z tym nastawieniem rozpocząłem poszukiwania informacji o faktycznym koszcie tego promocyjnego kredytu. Na początek chciałem poznać jego RRSO. Czytałem uważnie tekst na dole ekranu w tracie kolejnych emisji reklamy, ale niestety informacji o RRSO nie znalazłem. Tekst oczywiście napisany małą czcionką, średnio widoczny, mogłem przeoczyć. Odszukałem zatem filmik reklamowy w Internecie. Tam z wykorzystaniem funkcji pauzy także nie znalazłem informacji o RRSO. Inne banki taką informację zawsze podają, dotychczas żyłem w przeświadczeniu, że nawet mają taki obowiązek, ale widocznie BHP w swoim silnym dążeniu do bycia fair ten szczegół pominął. Ale za to na końcu filmiku można przeczytać informację, że żadna z odsetek, w których rolę wcieliło się kilkanaście pluszaków, w trakcie nagrania nie ucierpiała. Dobre chociaż tyle. Nie wiadomo niestety co z panem z brodą, który również występuje w filmiku. Pozostaje wierzyć, że on też nie ucierpiał. Nie zrażając się pierwszym niepowodzeniem postanowiłem poszukać informacji o kosztach promocyjnego kredytu na stronie banku. Tam niestety informacji też nie znalazłem. Co prawda jest podane oprocentowanie dla nowych klientów (od 4,9%), jest nawet podane do tego RRSO, ale jest też dopisana informacja, że nie dotyczy to klientów chcących „przytulić odsetkę”. W tym momencie już wiedziałem, że interesującego mnie RRSO na stronie nie znajdę. Skoro nie RRSO to może chociaż prowizję przygotowawczą gdzieś podali. Szukam zatem dalej. Jest tabela opłat i prowizji dla kredytów gotówkowych. Otwieram. I jest!!! 19,90%, ale pocieszają, że mogą obniżyć… Tylko dalej chcą być fair i nie obiecują, ani nie informują od czego to uzależniają. Ale coś już wiem. Jak wezmę kredyt na 10 tysięcy złotych to mogę zapłacić aż 1.990 złotych prowizji. No i oczywiście tu już słodkiego przytulania nie będzie… Nikt tego nie odda. Czar prysł. Ale dla pewności postanowiłem zadzwonić jeszcze na infolinię banku. Szybko odebrali. To bardzo fair wobec klienta, szanują jego prywatny czas. Pani bardzo miła, to też dobrze. Zadaję pytania. Niestety pani nie ma wiedzy na temat RRSO dla tej promocji, o oprocentowaniu nominalnym mówi, że powinno być na poziomie 7,9%. Twierdzi też, że prowizji 19,90% to oni w ogóle nie mają… Prowizja będzie między 3,9% a 15,9%, ale najczęściej jest to 11,9%. To bardzo fair ze strony banku, że niczego nie obiecują i niczego nie mówią na pewno, bo przecież gdyby później musieli się z czegoś wycofać to byłoby to nie fair…

Podsumowując – dobrze, że promocja banku trwa tylko do końca sierpnia. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł żeby ją przedłużyć. Przy takim podejściu banku do transparentności na pewno osobiście ominę z daleka tę promocję i nie skuszę się na przytulenie odsetek. Bo jak nie wiem ile mnie coś kosztuje to tego nie kupuję. I dzięki temu jestem po prostu fair. Wobec siebie. I wobec zdrowego rozsądku.

wtorek, 2 czerwca 2015

Wreszcie jest na rynku ciekawa propozycja kredytu konsolidacyjnego


Dla wszystkich, którzy spłacają wysokie raty kredytów gotówkowych wreszcie pojawiła się ciekawa możliwość ucieczki w dobry produkt konsolidacyjny oraz szansa na odczuwalne obniżenie miesięcznych obciążeń. Banki bardzo lubią łupić klientów na odsetkach, ubezpieczeniach, wysokich prowizjach i rzadko wypuszczają na rynek ofertę, o której można powiedzieć, że jest tania. Takiej doczekać się można tylko w dwóch przypadkach - gdy bank wystawia się na sprzedaż i chce sztucznie napompować portfel klientów oraz gdy zamierza wejść na giełdę i chce pokazać wszystkim potencjalnym akcjonariuszom jaki to jest fajny i jak parametry na wszelkiego rodzaju słupkach i wykresach pokazują dynamiczny trend wzrostowy. Oczywiście wyniki sprzedaży też muszą pokazać wzrosty i mamy właśnie możliwość obserwacji takiego zjawiska. Całkiem niedawno mogliśmy usłyszeć i przeczytać informację, że na giełdę planuje wejść Bank Pocztowy. Minęło klika dni i mamy pierwszy efekt - promocję kredytu konsolidacyjnego. W jej nazwie pojawiło się słowo "diabelska". Oprocentowanie wynosi 6,66%, prowizja przygotowawcza oczywiście też jest na poziomie 6,66%. Bank pewnie liczy, że tymi warunkami diabelsko zamiesza na rynku. I według mnie ma na to realne szanse, bo po tym jak wszystkie Aliory i temu podobni w swojej pazerności dostawcy kredytów powrzucali do swoich produktów dwucyfrowe prowizje (czasem nawet z dwójką z przodu...), oferta Pocztowego wygląda naprawdę dobrze. A jak dodam do tego jeszcze okres trwania umowy do 120 miesięcy i maksymalną kwotę kredytu 150 tysięcy złotych, to dla wielu klientów może to być niepowtarzalna szansa obniżenia rat swoich kredytów. Trzeba się jednak spieszyć z podjęciem stosownych działań, bo promocja trwa tylko do końca lipca, a jak zrobi się o niej głośno, to znając życie dział analiz w banku szybko się zakorkuje. Atutem oferty jest jeszcze fakt, że na konsolidację musi zostać przeznaczona kwota w wysokości minimum 50% wysokości kredytu - reszta może być nowym kredytem. Do kredytu nie ma dodawanych żadnych ubezpieczeń, co może być kolejnym źródłem oszczędności, szczególnie dla tych klientów, którzy przy obecnie spłacanych kredytach wykupili drogie ubezpieczenia. Przenosząc taki kredyt dostaną zwrot części składki na konto, co często będzie kwotą wyrażoną w tysiącach złotych. Taki zastrzyk gotówki w połączeniu z obniżeniem raty, która dzięki wydłużeniu okresu spłaty kredytu do 10 lat może znacząco spaść, może oznaczać uwolnienie dużej części miesięcznych dochodów przeznaczanych dotychczas na spłatę rat. Jak ktoś szukał pieniędzy na zbliżające się wakacje to właśnie je znalazł.
Na tym blogu dużo częściej zdarza nam się krytykować szeroko pojęty rynek finansowy niż go chwalić. I to nie dlatego, że jesteśmy wrogo do niego nastawieni, ale dlatego, że po prostu rzadko są powody do chwalenia. Dlatego tym bardziej cieszę się, że wreszcie taki powód się znalazł. A że bank musi wejść na giełdę żeby zdobyć się na przedstawienie klientom naprawdę dobrej oferty... No cóż, w takim kraju żyjemy. Jak mawiał pewien  pseudoklasyk - ciemny lud to kupi. Nawet kredyt z 20-procentową prowizją przygotowawczą i oprocentowaniem w wysokości 10%. Dlatego banki nie muszą się specjalnie starać i prowadzić wojen cenowych. Na szczęście tym razem choć na chwilę może być inaczej.

 ******************************

Jeżeli szukasz szczegółowych informacji na temat opisanego powyżej kredytu konsolidacyjnego lub chciałbyś złożyć wniosek o taki kredyt, wyślij wiadomość bezpośrednio do przedstawiciela banku, którego adres uzyskasz klikając tutaj.

 

środa, 1 kwietnia 2015

Uroczy pomysł RWE


Dziś tekst trochę nie na temat, wykraczający poza zakres tego bloga, a jeśli nie wykraczający to na pewno mocno peryferyjny. Chociaż z drugiej strony na upartego mogę napisać, że będzie dotyczył ważnej dla każdego sprawy jaką jest oszczędzanie na kosztach energii elektrycznej.

Opiszę pewną sytuację, której miałem okazję być uczestnikiem. Otóż kilka dni temu w swojej skrzynce na listy znalazłem awizo. Wystawione przez In Post, do odbioru we wskazanym przez nich punkcie. Od Poczty Polskiej różnią się tym, że nie pracują w soboty, a w tygodniu godziny odbioru też są mało dogodne. Ale trudno, nie mam na to wpływu. Pomyślałem sobie, że może to coś ważnego, może znowu jakaś zacna państwowa instytucja coś ode mnie chce, więc postanowiłem przesyłkę odebrać. Tak ułożyłem dzień żeby zdążyć przed zamknięciem punktu odbioru. Byłem 15 minut przed podaną godziną zamknięcia. Wchodzę do oddziału ERGO Hestii (bo tam właśnie mieści się punkt odbioru…) i widzę kolejkę. Niestety, co pewnie martwi pracujących tam agentów ubezpieczeniowych, nikt nie przyszedł po ubezpieczenie, za to wszyscy po odbiór przesyłek. Jakieś 10 osób. Stanąłem grzecznie w kolejce i czekam. Tempo było wolne, więc nudząc się patrzyłem na wnętrze pomieszczenia. To co zwróciło moją uwagę to ustawione prawie pod sam sufit kartony, z których wystawały pudełka z logo RWE. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się co jest w środku. Po około 30 minutach wreszcie nastała moja kolej. Pani, której wręczyłem awizo uśmiechnęła się i wręczyła mi jedno z pudełek RWE, po czym powiedziała z jeszcze większym uśmiechem: „Zaraz się pan wkurzy”. Zabrałem przesyłkę, wróciłem do samochodu i ją odpakowałem. W środku koperta zawierająca kilka kartek oraz pudełeczko z ziemią i nasiona trawy… RWE zabrało mi prawie godzinę mojego prywatnego życia żeby przesłać mi pudełko z trawką. I jak ktoś na myśl o tym poczuł teraz przyjemny dreszczyk odrywający go od rzeczywistości, to informuję, że chodzi o zwykłą trawę, taką jakiej pełno na każdym polskim zasranym przez psy trawniku. Pomyślałem zatem, że może koperta zawiera jakieś ważne informacje. Po jej otwarciu i przeczytaniu treści dowiedziałem się, że RWE zmienia właśnie taryfy, ale jak podpiszę nową umowę na jedyne 3 lata to moje koszty mogą pozostać na niezmienionym poziomie. Dodam, że mój miesięczny rachunek to koszt około 60 złotych. Czyli jak podpiszę to dalej będę płacił 60 złotych, a jak nie podpiszę to pewnie jakieś 63. Czy naprawdę z tak bzdurnego powodu trzeba wysyłać klientom przesyłki listem poleconym i zabierać im ich prywatny czas? Nie można tego wysłać zwykłym listem lub po prostu mailem? No chyba, że ta trawka była aż tak ważna… A najbardziej rozwaliło mnie ostatnie zdanie, które przeczytałem w liście, a które zaczyna się od słów: „Cenimy czas naszych klientów, dlatego pozostajemy do Państwa dyspozycji…” Nie wiem kto w tej firmie odpowiada za marketing i co nim kierowało przygotowując taką „ciekawą” akcję. Może podłączył się pod zbyt wysokie napięcie, a może ktoś mu odciął prąd – coś na pewno się stało… Rozumiem, że praca w marketingu RWE jest pewnie równie pasjonująca jak praca w marketingu ZUS-u albo zakładu pogrzebowego i nie pracują tam same orły, ale trochę wyobraźni by się jednak przydało. Nie wiem też co kierowało członkiem zarządu i dyrektorem pionu klientów że podpisali się pod takim gniotem. Wiem natomiast, że od teraz o RWE na pewno będę jeszcze cieplej, kurwa, myślał. Do teraz kojarzyli mi się tylko z drożyzną i monopolistycznym molochem. Teraz dojdzie do tego jeszcze bezmyślność. Nie wiem do jak dużej liczby firm została wysłana podobna przesyłka (bo z tego co ustaliłem zostali objęci tą akcją klienci prowadzący działalność gospodarczą), ale pewnie trzeba to liczyć w grubych tysiącach. A to oznacza, że wydali na to bardzo duże pieniądze. Może nie tyle wydali co wyrzucili w błoto. Ale kto bogatemu zabroni? Tym bardziej jak robi to przy okazji wprowadzania podwyżki? Dawno nie widziałem tak efektownego samobója. Zirytować klienta zabierając mu jego prywatny czas, wręczając informację o podwyżce i do niczego niepotrzebną trawkę. Można sobie strzelić w kolano, ale po co od razu wystrzelać w to kolano cały magazynek? Tego już nie wiem. Kilka dni temu odbyła się jak co roku akcja Godzina dla Ziemi. Przyznaję bez bicia – nie zgasiłem światła. Ale przez godzinę, którą zabrało mi RWE też go nie zapaliłem, więc chyba mogę uznać, że akcję zaliczyłem…     

poniedziałek, 23 marca 2015

Jak znaleźć tani kredyt gotówkowy


Polacy zawsze lubili wszelkiego rodzaju promocje i możliwości zaoszczędzenia chociaż drobnych kwot przy okazji wszelkich większych lub mniejszych zakupów. Jest wtedy powód do satysfakcji i dzielenia się ze znajomymi radością zaoszczędzenia np. 50 PLN przy zakupie nowych butów albo 20 groszy na litrze paliwa podczas tankowania samochodu. Wszystko fajnie tylko zastanawiam się dlaczego ten mechanizm nie działa kiedy dochodzi do wyboru produktów finansowych. A w szczególności kredytów. Tu od wielu lat największym powodzeniem cieszą się różnego rodzaju miniratki, kredyty prosto liczone czy inne wynalazki ostatnich tygodni z prowizją przygotowawczą 25%... I prawie nikt nie zwraca uwagi na fakt, że RRSO na poziomie dwudziestu kilku procent to wcale nie jest super okazja i powód do satysfakcji. W naszych postach już wiele razy pisaliśmy o kredytach gotówkowych i bankach, które pod przykrywką dobrego marketingu wciskają klientom bardzo drogi produkt. Zasada żeby nigdy, ale to nigdy, nie decydować się na kredyt, który jest promowany we wszelkiego rodzaju kampaniach reklamowych jest cały czas aktualna. Ale skoro takich kampanii nadal jest bardzo dużo to znak, że naiwnych klientów także musi być dużo. A żeby nie dołączyć do grupy naiwnych i mieć rzeczywiście powód do satysfakcji z realnie zaoszczędzonych i to całkiem dużych pieniędzy wystarczy zrobić prostą czynność. Jaką? Otóż trzeba iść do banku, który w naszej ocenie wydaje się być najtańszy. Zapytać tam o ofertę kredytu na interesującą nas kwotę i okres, a następnie poprosić pracownika banku o jej wydrukowanie w formie formularza informacyjnego. Kolejny krok to pójście z tym formularzem do 2-3 innych banków (oczywiście tych, które aktualnie nie reklamują swojego kredytu gotówkowego) i poinformowanie, że weźmiemy u nich kredyt, o ile warunki cenowe będą lepsze niż te na wydrukowanym formularzu. Prosty przykład – w ostatnich dniach dla jednego z naszych klientów w opisany powyżej sposób znaleźliśmy ofertę kredytu na kwotę 60.000 PLN z oprocentowaniem 7,99%, prowizją przygotowawczą 4%, bez ubezpieczenia, umową na 84 miesiące i RRSO na poziomie 11,09%. Klient był bardzo zadowolony, a zakładam, że gdybyśmy jeszcze lepiej poszukali, to warunki mogłyby być jeszcze lepsze. Banki prowadzą między sobą dużą wojnę o klienta na kredyt gotówkowy. Warto to wykorzystać i płacić odsetki nawet o połowę niższe od tych standardowych. A jak ktoś nie ma czasu na takie zabawy to zawsze to zadanie może powierzyć nam. Wystarczy przesłać swoje dane wypełniając ten formularz. I dodam jeszcze, że opisany powyżej przykład dotyczy nie tylko nowych kredytów, ale także tych, które będą przenoszone z banku do banku.
 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Jak znaleźć tani leasing na nowy samochód? Podpowiadamy

Od czasu do czasu podpowiadamy Wam w tym miejscu jak na atrakcyjnych warunkach skorzystać z produktów finansowych, które standardowo kosztują znacznie drożej. Mimo że zajmujemy się doradztwem i pośrednictwem finansowym i oferujemy naszym klientom całe mnóstwo różnych produktów, to na tym blogu staramy się raczej wyrażać nasze opinie niż prowadzić działania sprzedażowe. Ale czasem robimy wyjątki, jeżeli uznamy, że któryś z produktów naprawdę warto polecić. I tak właśnie jest tym razem. Nasza rekomendacja dotyczy leasingu i oferty dużej firmy leasingowej, która obowiązuje niestety tylko do końca tego tygodnia i dotyczy zakupu nowych samochodów. Czasu trochę mało, ale jeżeli ktoś na początku roku planował kupić nowy samochód, na przykład z wyprzedaży poprzedniego rocznika, to może okaże się, że ta informacja dotrze do takiej osoby w najbardziej optymalnym momencie. A dlaczego uważamy, że tę ofertę warto polecić? Już wyjaśniamy. Najlepiej na dwóch krótkich przykładach, które zamieszczam poniżej.
Przykład 1
Umowa leasingowa na 5 lat, opłata wstępna 15%, wartość końcowa 1%, łączny koszt leasingu 107,66%
Przykład 2
Umowa leasingowa na 3 lata, opłata wstępna 15%, wartość końcowa 1%, łączny koszt leasingu 104,99%
Wiem, że odwiedzają naszego bloga osoby, które specjalizują się tylko w leasingu i być może są w stanie polecić jeszcze lepsze oferty. Jeśli tak to zachęcam do podzielenia się tą wiedzą w komentarzach. Nam jednak powyższe warunki wydały się atrakcyjne i to bardzo, bo wcześniejsze propozycje, które przedstawialiśmy naszym klientom były po prostu droższe, a zawsze staramy się szukać najtańszych rozwiązań. Oferta jest ważna do piątku, ale biorąc pod uwagę, że cały proces można przeprowadzić na skanach to tego czasu jednak trochę jeszcze jest, tym bardziej że klient może być praktycznie z każdego miejsca w Polsce. Jeżeli zainteresowałem kogoś powyższą propozycją i pojawi się potrzeba bardziej szczegółowych rozmów na temat leasingu to zapraszam do kontaktu. Wystarczy przesłać nam swoje dane wypełniając krótki formularz dostępny tutaj.

środa, 28 stycznia 2015

Ubierz franka w mniejsze buty


Ostatnie dni, czyli te po 15 stycznia, to ciągle przewijający się przez media jeden motyw – frank, frank, frank i jeszcze raz frank. Temat rozłożono na czynniki pierwsze, odkręcono każdą najmniejszą śrubkę, prześwietlono i zbadano najdokładniejszymi mikroskopami. Teraz dla spłacających kredyt w szwajcarskiej walucie nastał dobry moment żeby przejść od słów do czynów i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rzeczywistości z „czwórką” z przodu. Jednym z rozwiązań, które pozwolą złagodzić kaca wywołanego koniecznością płacenia wyższych rat jest otwarcie i aktywne korzystanie z konta w kantorze internetowym. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy jeszcze takiego rachunku nie mają. Kilka tygodni temu już o tym pisałem, ale tym razem skupię się na moich wrażeniach z testowania konkretnego rachunku w jednym z kantorów. A dokładniej w kantorze liderwalut.pl. Nie wiem jakie są Wasze doświadczenia z tą firmą lub ogólnie z tego typu usługami, ale ja póki co o tym konkretnym kantorze nic złego napisać nie mogę, mimo że moja wrodzona skłonność do czepiania się lub chociaż delikatnej szydery mocno się o to upomina. Korzystanie z kantoru rozpocząłem oczywiście od założenia darmowego rachunku. Prosta rejestracja, wymagająca podania tylko kilku podstawowych informacji. Warto wcześniej przygotować sobie numery swoich rachunków bankowych w PLN oraz walutowych, pozostałe informacje każdy powinien podać z pamięci. Całość zajmuje pewnie mniej czasu niż chociażby założenie konta mailowego na którymś z najbardziej popularnych portali. Po wysłaniu formularza dostałem na mój adres mailowy wiadomość z linkiem do aktywacji rachunku i po kliknięciu w link stałem się aktywnym klientem kantoru. Kilka chwili później dostałem kolejną wiadomość - tym razem, tu miła niespodzianka, kantor poinformował mnie, że pierwsza transakcja, na którą się zdecyduję, zostanie przeprowadzona po specjalnych, niższych kursach. To tak na zachętę. Jak widać duża konkurencja robi swoje i już od pierwszej minuty o klienta trzeba zawalczyć nawet jak już się zarejestrował. A jak wyglądają same transakcje? Do tej pory przeprowadziłem dwie, może to jest jeszcze za mała próba na daleko idące wnioski, ale obie przebiegły bardzo sprawnie. No i bardzo szybko. W szczegółach (na przykładzie jednej transakcji) wyglądało to tak: o godz. 13.44 złożyłem dyspozycję kupna waluty (wypełnienie kilku pól na formularzu, czynność ta zajęła około 30 sekund), natychmiast dostałem wytyczne dotyczące przelewu jaki muszę wykonać ze swojego konta złotówkowego na konto złotówkowe kantoru znajdujące się w tym samym banku, co zostało potwierdzone przesłanym do mnie mailem. Zalogowałem się zatem na moje konto w banku i dokonałem przelewu zgodnie z wytycznymi co zajęło mi kolejnych kilka minut. Następnie wylogowałem się z konta i poczekałem na rozwój wypadków. O godz. 14.00 dostałem potwierdzenie mailowe z kantoru, że przelew złotówkowy został prawidłowo zaksięgowany. O godz. 14.16 dostałem kolejnego maila z informacją, że transakcja została zrealizowana i zakupioną walutę przelano już na moje konto. Zalogowałem się ponownie do mojego banku i rzeczywiście na moim koncie walutowym znajdowały się już pieniądze. Czyli całość zamknęła się w około pół godziny, gdzie mojej faktycznej aktywności było tylko kilka minut. Żeby było jeszcze ciekawiej następnego dnia dostałem kolejną wiadomość z kantoru tym razem zawierała ona informację, że otrzymuję darmowy bilet do kina do wykorzystania w sieci Multikino. Miło, ale to chyba była jakaś czasowa promocja i nie wiem czy teraz też można liczyć na dodatkowy bonus.

Teraz kilka słów o ważnej kwestii, czyli o tym ile tak naprawdę można zyskać korzystając z tego kantoru. Myślę, że najprościej jest to sprawdzić porównując bieżący kurs w kantorze z kursem wybranego banku. Ja wybrałem największy polski bank, czyli PKO BP (na potrzeby tego wpisu kursy sprawdziłem wczoraj, czyli 27/01/2015, godz. 16.30). Jakie są wyniki tego ćwiczenia? W kantorze liderwalut.pl kurs kupna franka wynosił 4.1236 a kurs sprzedaży 4.1389. W tym samym czasie PKO BP na swojej stronie internetowej pokazywało kurs kupna 4.0323 i kurs sprzedaży 4.2646. Jeżeli zatem ktoś płaci ratę kredytu w wysokości 500 CHF to korzystając z kantoru internetowego zapłaci 2061.80 PLN a w PKO BP 2132.30 PLN. Jednorazowa oszczędność wynosi zatem 70.50 PLN, co w skali roku da kwotę blisko 850 PLN. A przecież podałem tu kurs banku, któremu nie wypada przeginać z spreadami, tym bardziej po tych wszystkich słowach wypowiedzianych w ostatnich dniach przez przedstawicieli rządu. Zachęcam wszystkich do sprawdzenia kursów w bankach, w których macie swoje kredyty lub konta. Jestem przekonany, że w wielu przypadkach oszczędności na ratach będą jeszcze większe. Czy warto się po nie schylić? Ja uważam, że tak. Ale oczywiście każdy może mieć własne zdanie. Jeżeli po przeczytaniu tego tekstu znajdzie się ktoś, kto chciałby założyć rachunek w opisanym wyżej kantorze to zachęcam do zrobienia tego poprzez ten link. W Internecie znajdziecie całe mnóstwo informacji na temat różnych kantorów, w tym kilka porównywarek i na pewno to także warto przeanalizować. Wybierając kantor koniecznie trzeba sprawdzić czy posiada on rachunek w banku, z którego będziecie wykonywać przelew i do którego mają trafić kupowane waluty. Omijanie banków w procesie zakupu waluty potrzebnej do spłacania kolejnych rat kredytów to naprawdę jest świetne rozwiązanie. Wiele osób już z niego korzysta, ale została jeszcze liczna grupa, która nadal korzysta z wysokich kursów bankowych. Czas to zmienić. Banki i tak dużo zarabiają. Im już wystarczy.