czwartek, 25 września 2014

Co robią banki kiedy zamierzają wystawić się na sprzedaż


W ostatnich latach wiele razy mogliśmy przeczytać informacje o tym jak to kolejny bank zamierza zmienić właściciela lub też połączy się z którymś z konkurentów. Krótko mówiąc – zniknie z rynku jako samodzielna jednostka. Część takich informacji z czasem się potwierdza, inne się nie potwierdzają, ale nadal regularnie spekuluje się w mediach o tym kto kogo zamierza przejąć. Z polskiej mapy bankowości zniknęło już wiele marek, rynek się konsoliduje i zostaje na nim coraz mniej graczy, ale za to z coraz większymi portfelami klientów. Oczywiście istnieje granica procesu konsolidacji, ale jak pokazuje życie nie została jeszcze osiągnięta. Świadczyć może o tym podany ostatnio news o tym jak to Alior Bank zamierza kupić udziały w Meritum Banku. Prawdę mówiąc ani mnie to ziębi ani grzeje. Znając nasze realia pewnie spodziewałem się, że Meritum Bank w końcu zniknie z rynku. I tak długo na nim funkcjonował. Kieruje tym bankiem prezes, który ma to szczęście, że jak jest w zarządzie jakiegoś banku to potem logo tego banku znika z krajobrazów polskich miast. Fortis, DNB Nord… Tych już nie ma. Szkoda tylko pracowników Meritum Banku, bo pewnie spotka ich taki sam los jaki spotkał wielu ludzi pracujących w przeszłości w innych bankach, które uczestniczyły w procesie fuzji. Posiłkując się językiem z filmu „Sztos” – coraz więcej wyjeb…ych będzie chodziło po mieście. W tym przypadku po Trójmieście, bo tam przecież mieści się centrala banku.
Ale nie o tym chciałem napisać. Ja zawsze lubię obserwować jak zachowuje się bank, który szykuje siebie do wystawienia na sprzedaż. Oczywiście wielu takich działań nie widać i są one rozciągnięte w czasie. Zamyka się nierentowne oddziały, redukuje zbędne etaty, obniża wynagrodzenia pracownikom, nowym pracownikom proponuje się niższe pensje, mniej wydaje się na bieżące zakupy, redukuje flotę samochodów, renegocjuje wszelkie możliwe umowy, itd. Ale są też działania, które widać i które mają na celu w krótkim czasie wpłynąć na poprawę portfela klientów. Portfela kredytowego szybko poprawić się nie da, ale pole do popisu pojawia się na odcinku kont osobistych i depozytów. Jeżeli śledzicie oferty banków i nagle któryś bank decyduje się na wprowadzenie super promocji, to z dużym prawdopodobieństwem szuka sposobów żeby obrosnąć w ładne kolorowe piórka, owinąć w sreberko i chodzić po świeżo skoszonej, równej, pachnącej i pomalowanej na zielono trawce. Wszystko po to żeby oglądający potencjalny kupiec potakiwał z uznaniem głową i na końcu zdecydował się na zapłacenie wyższej niż powinien ceny. Zdarzają się też oczywiście desperackie próby ratowania wyniku, ale to rzadziej. Posługując się opisanym wyżej kluczem trafiłem w tym tygodniu na następujący zestaw informacji:
  1. Alior Bank chce kupić Meritum Bank – o tym już napisałem wyżej
  2. Start kampanii Comperia Bonus 2
Czym jest kampania Comperia Bonus 2? Ci którzy pamiętają poprzednią kampanię Comperia Bonus (a działo się to kilka miesięcy temu) na pewno już się domyślają. Mechanizm jest bardzo prosty – klient otwiera przez Internet rachunek bankowy poprzez który zakłada lokatę i cieszy się atrakcyjnym oprocentowaniem tejże lokaty oraz dodatkowym bonusem, który otrzyma jako dowód wdzięczności za wstąpienie w poczet klientów promującego się w ten sposób banku. Przy poprzedniej kampanii promującym się bankiem był BGŻ Optima (czy przypadkiem BGŻ też nie przechodzi procesu sprzedaży…? J). A czyją lokatę promuje kampania Comperia Bonus 2? Napięcia dużego nie zbudowałem, bo i nie miałem jak, odpowiedź nikogo nie zaskoczy i będzie przewidywalna jak sedes dla hydraulika lub jak jutrzejsza pogoda dla bacy. Tak, tak – tym razem promowana jest lokata Meritum Banku. Czyli stara szkoła się sprawdza. Ale nie ma w tym nic złego. To nawet dobrze, bo klienci niczym nie ryzykują. Tylko mogą zyskać, bo nie każdego dnia można dostać aż tak dobrą propozycję. A jak wygląda ten produkt? Otóż każdy klient, który założy na dwa miesiące „Lokatę na start” (bo tak się nazywa ten produkt) w kwocie od 1.000 do 10.000 PLN z oprocentowaniem 5%, otrzyma dodatkowy bonus w wysokości 55 PLN (plus kolejne 5 PLN za pobranie aplikacji mobilnej Meritum Banku). Oczywiście dla tych, którzy szukają ciekawych ofert pozwalających inwestować duże pieniądze nie będzie to wielka atrakcja, ale dla osób dysponujących niższymi kwotami już tak. A dlaczego? Dlatego, że ten produkt pozwala efektywnie zarobić od 7% do nawet 40% w zależności od wysokości wpłaconej kwoty. Bonus nie jest opodatkowany i zostanie wypłacony do 24 grudnia 2014 r. Warunkiem skorzystania z promocji jest otwarcie darmowego konta mobilnego w Meritum Banku. W promocji nie biorą udziału osoby, które były klientami Meritum Banku po 01 października 2013 r. Całość formalności można przeprowadzić przez Internet. Lokata jest całkowicie bezpieczna, bo jak każdy tego typu produkt oferowany przez bank, podlega gwarancjom BFG. Całość wygląda naprawdę dobrze i pozwala na uzyskanie małego zastrzyku pieniędzy, które będą wypłacone w grudniu, jeszcze przed świętami. Czyli w najlepszym możliwym okresie, bo wtedy wydatki zawsze są duże.
Przyglądając się opisanej powyżej kampanii wypada życzyć wszystkim bankom żeby jak najczęściej myślały o wystawieniu się na sprzedaż i żeby dalej korzystały ze sprawdzonych metod pozyskiwania nowych klientów. Bo wtedy nam klientom przybędzie atrakcyjnych ofert i wariantów do wyboru. W tym wypadku nie mam żadnych wątpliwości, że promocja wypali i dzięki niej bank pozyska wiele tysięcy nowych klientów. A że konto będziemy otwierać w Meritum a zamykać w Aliorze? Pewnie dla wielu z nas to nic nowego. Ja sam ostatnio w ten sposób zamknąłem konto w Getinie, do którego trafiłem w spadku po innym banku, więc wiem o czy piszę. Na koniec jeszcze odrobina mniej lub bardziej dyskretnej prywaty – gdyby ktoś chciał skorzystać z promocyjnej lokaty Meritum Banku w ramach kampanii Comperia Bonus 2, można to zrobić klikając tutaj. Z tej okazji naprawdę warto skorzystać, bo niestety nie trafiają się takie zbyt często.    

środa, 17 września 2014

Subiektywne podsumowanie tygodnia


Od początku września prześladuje mnie reklama Credit Agricole zachęcająca do skorzystania z ich kredytu gotówkowego. Albo bank wykupił naprawdę dużo czasu antenowego, albo ja mam takie szczęście, że ciągle trafiam na tę reklamę. Ale widziałem ją już naprawdę mnóstwo razy. Kredyt nazywa się „prostoliczony”. Skoro bank tak często przypomina mi o tym produkcie, to z ciekawości postanowiłem poszukać szczegółów na jego temat. No i rzeczywiście ten kredyt musi być prostoliczony, a jego autorom to liczenie musiało sprawiać bardzo dużą przyjemność, bo doliczyli aż do 22. A dokładnie do 22,9. I to w procentach. Bo tyle właśnie wynosi RRSO tego kredytu. Dla porównania, podobny produkt reklamowany obecnie przez PKO BP, czyli Mini Ratka, musi nie być prostoliczony i to liczenie musi nie należeć do przyjemnych, bo w tym przypadku jego twórcy doliczyli tylko do 13,47. Ale jak wiadomo francuscy aktorzy zatrudniani w reklamach nie należą do najtańszych, a i ubezpieczenie do kredytu zawsze musi trochę kosztować. Dlatego klienci Credit Agricole powinni się cieszyć, że nikt nie wpadł na pomysł żeby policzyć dalej… A jak już jestem przy francuskich aktorach, to ostatnio słyszałem, że jeden z nich wypija dziennie 14 butelek wina. No i pewnie jest to wino z wyższej półki, więc zarabiać trzeba godnie żeby nigdy go nie zabrakło. Chociaż może nie jest to najlepszy przykład, bo ten konkretny aktor jakiś czas temu postanowił przefarbować się na Rosjanina.  

*****

Już wkrótce Idea Bank ma wprowadzić nową usługę. Otóż każdy klient banku będzie mógł zamówić przyjazd we wskazane przez siebie miejsce samochodu będącego jednocześnie bankomatem z funkcją wpłatomatu. Nie wiem po co to robią, bo pomysł wydaje się być bardzo kosztowny i nieadekwatny do  potencjalnych korzyści, ale bank jakiś sens musi w nim dostrzegać skoro go wprowadza. Jeżeli korzyść ma być czysto PR-owa to na pewno cel zostanie osiągnięty. Jeżeli da się na tym zarobić w inny sposób, to szacunek dla tego kto to wymyślił. Mnie nasuwa się taka analogia do lat dziewięćdziesiątych i początków wolnego rynku w Polsce. Wtedy też do przedsiębiorców przyjeżdżali po pieniądze panowie w niemieckich samochodach. Ale wtedy były one czarne, a teraz będą szaro-niebieskie. Wtedy ubrani byli w ciemne skórzane kurtki i mieli mało wyszukane fryzury. Teraz pewnie będą pod krawatem i ładnie uczesani. Wtedy się nie uśmiechali, a teraz będą uśmiechnięci. I wypada się tylko cieszyć, że w ciągu dwudziestu lat udało się w Polsce dokonać aż tak dużego skoku cywilizacyjnego i dotknąć normalności. Jak głosi stara prawda – lepiej banki tworzyć niż je napadać. To zdanie można odnieść do wielu dziedzin życia. Bardzo dobrze, że na własnej skórze możemy to odczuwać każdego dnia. Jeszcze tego nie doceniamy i ciągle narzekamy na wszystko co nas otacza, ale to też się kiedyś zmieni.

*****
PZU sfinalizowało transakcję zakupu Link4. Szkoda, bo Link4 wniósł na polski rynek ubezpieczeń trochę świeżości i kilka nowoczesnych rozwiązań w zakresie obsługi klienta. No i zmusił przez to swoją, często betonową, konkurencję do wprowadzania zmian. Zakładam, że klienci Link4 nie przyjęli z zachwytem informacji o trafieniu pod skrzydła PZU, bo wielu z nich spod tych skrzydeł całkiem niedawno świadomie i bez żalu uciekło. Ale takie są prawa rynku. Mam nadzieję, że jakaś inna firma szybko wypełni lukę po Link4. A swoją drogą ciekawe jak się czują pracownicy PZU podlegający trwającym od pewnego czasu w tej firmie zwolnieniom grupowym? To raczej nie najlepsze uczucie usłyszeć, że firmy nie stać na ich dalsze utrzymanie w strukturach, ale na wydanie ponad 90 mln euro na zakup innej firmy już tak…
 

środa, 3 września 2014

W NISZY: Kredyt dla profesjonalistów do 400 tys. PLN


Początek września to czas, kiedy zawsze widoczne jest ożywienie na rynku kredytów gotówkowych. W tym roku jest podobnie. Pojawiło się kilka promocji, nowych reklam w telewizji, oddziały banków szczelnie zakleiły nowe grafiki, czyli sezon ogórkowy możemy uznać za zamknięty. Produktowcy się postarali i dzięki temu możemy się dowiedzieć, że jeden bank gwarantuje nam najniższe oprocentowanie, drugi daje rok bez odsetek, trzeci kusi widocznym niskim procentem i niewidocznym obowiązkowym ubezpieczeniem, czwarty podobno ma produkt prosty do policzenia, piąty, szósty i siódmy też coś wymyśliły i wszystkim wydaje się, że mają najlepszy produkt. Podobną sytuację przerobimy jeszcze przed świętami, gdzie znowu zasypią nas pomysły kreatywnych specjalistów od marketingu. Ja jednak zawsze wychodzę z założenia, że skoro bank decyduje się na wykupienie drogich reklam w telewizji, to oczywiste jest, że o zapłacenie faktur za takie reklamy muszą zadbać jego klienci, płacąc odpowiednio wysokie raty kredytów. I dlatego ciekawych ofert szukam w bankach, które nie wydają milionowych kwot na reklamy swoich produktów.

I szukając takich ciekawych nowości na rynku trafiłem na nową ofertę kredytu dla profesjonalistów, która od początku września weszła do sprzedaży. Niby temat mocno wyeksploatowany przez wszystkie banki, niby wszyscy profesjonaliści albo już kredyt mają albo nadal dostają na maila po kilkanaście ofert tygodniowo, a mimo to banki nadal liczą na ściągnięcie do siebie kolejnych przedstawicieli najlepszych zawodów. Ale co można zrobić skoro już prawie wszystko było? Walka cenowa nie ma większego sensu, bo marże takich kredytów i tak są już niskie, dlatego trzeba szukać innego balonika do nadmuchania. I kierując się zapewne taką logiką w jednym z banków pojawiła się właśnie oferta kredytu na 400 tys. PLN w oparciu o estymację dochodów. Klient oświadcza jakie uzyskuje dochody lub tylko pokazuje swój staż w zawodzie i na tej podstawie wyliczana jest jego zdolność kredytowa. O kredyt mogą ubiegać się osoby prowadzące własną działalność gospodarczą i wykonujące jeden z następujących zawodów: lekarz, dentysta, prawnik, księgowy, biegły rewident, weterynarz. Kredyt można zaciągnąć na maksymalnie 7 lat i przeznaczyć na bieżący rozwój działalności lub refinansowanie kredytów w innych bankach. Koszt takiego kredytu to 3-miesięczny WIBOR plus marża 5,5% oraz prowizja przygotowawcza 1%. No chyba, że klient skorzysta z bardzo chętnie sprzedawanego przez bank jednego z kilku wariantów ubezpieczeń – wówczas prowizji nie będzie. Ale wiadomo jak to jest z ubezpieczeniami do kredytów…

Podsumowując – na pewno mamy do czynienia z ciekawym produktem pozwalającym na całkiem duże inwestycje lub na połączenie w jeden kredyt kilku innych zobowiązań. Sam bank ma dość duże doświadczenie w pracy z segmentem profesjonalistów, dlatego należy zakładać, że decyzja o wprowadzeniu produktu jest efektem wyciągniętych wniosków z funkcjonowania portfela kredytowego i wysokiej oceny jego jakości. Ale nie można też wykluczyć, że jest to desperacka próba ratowania planu sprzedaży przed zbliżającym się końcem roku, dlatego wszystkim osobom zainteresowanym tym produktem radziłbym nie zwlekać i korzystać z niego póki jest dostępny. Tak jak to mam w zwyczaju nie napiszę o ofertę którego banku chodzi. Osoby śledzące rynek na pewno już wiedzą o czym piszę, a pozostałych zapraszam do mailowego kontaktu z nami na adres kontakt@fincredo.pl. Chętnie odpowiemy na pytania, pomożemy złożyć wniosek i przejść przez wszystkie formalności.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kilka słów o rankingu banków Newsweeka


Już za kilka tygodni, jak co roku, zostanie zapewne opublikowany najnowszy ranking Newsweeka prezentujący najlepsze banki. Ranking jak ranking, wiele różnych tego typu zestawień pojawia się na rynku, ale z  jakiegoś powodu ten jeden stał się prawie że wyrocznią dla dużej części kadry kierowniczej w większości banków. Im bliżej daty publikacji rankingu, tym bardziej zbiorowe podniecenie ludzi zarządzających bankami osiąga szczytowe pułapy swojej skali i jest wprost proporcjonalne do zbiorowej nerwicy lękowej, która z kolei dopada szeregowych pracowników oddziałów i ich bezpośrednich przełożonych. Bo to właśnie do oddziałów przychodzą ankieterzy udający klientów, którzy potem przygotowują raporty, na podstawie których wystawiane są oceny poszczególnych banków. A od tych ocen zależy oczywiście ostateczna pozycja banku w rankingu. W niektórych bankach powstają nawet specjalne zespoły odpowiadające tylko i wyłącznie za takie przygotowanie sił sprzedażowych, aby pozycja w rankingu była odpowiednio wysoka. Znam nawet bank, który zwolnił z pracy pracowników takiego zespołu tuż po opublikowaniu wyników rankingu. Bo pozycja nie była taka jak sobie wymarzył zarząd... Oczywiście można powiedzieć że to dobrze, iż w bankach przywiązują dużą wagę do rankingu, bo dzięki temu jakość obsługi będzie wyższa. Tylko ja mam wrażenie, że zdecydowanie bardziej od jakości wzrasta zużycie zielonej farby, którą maluje się okoliczną trawę. Sam ranking, o ile budzi duże emocje w bankach, o tyle wśród klientów już dużo mniejsze. Klienci nawet jak go przeczytają, to po kilku dniach już pewnie nie pamiętają jego wyników i nie ma on większego wpływu na ich decyzje przy wyborze ofert. Nie wiem co musiało by się stać, żeby o rankingu zrobiło się głośniej. Może musiałaby go wygrać kobieta z brodą, jak to miało miejsce podczas ostatniego konkursu Eurowizji?
W mojej ocenie ranking Newsweeka jest potrzebny, ale tylko dla banków. Zmusza je do podejmowania działań poprawiających jakość obsługi klientów, wzmacnia rywalizację, przyspiesza wdrażanie nowych produktów i innowacji technologicznych. Ale dla klienta nie jest niczym więcej niż oceną dobrego (lub złego) wrażenia, które na ankieterach zrobił dany bank. Dla mnie, jako klienta banków, dużo ważniejszy byłby ranking przygotowany według zupełnie innego klucza. Pewnie nigdy takiego nie zobaczę, ale chciałbym wiedzieć, w którym banku jest najmniejsza rotacja wśród pracowników oddziałów, jaki jest ich średni staż pracy w danym banku, jaka jest średnia liczba reklamacji przypadająca na jednego klienta, ile średnio dni w roku pracownik spędza na szkoleniach, ile zostało złożonych pozwów o mobbing. Chciałbym także zobaczyć ranking zarobków, bo z dużym prawdopodobieństwem bank płacący doradcy w oddziale podstawę pensji w wysokości 4 tys. PLN będzie miał lepszą obsługę klienta niż bank płacący podstawę na poziomie 2 tys. PLN. Pokazując wymienione powyżej parametry kilka banków w oczach klientów mogłoby wiele stracić. Ludzie znający ten świat od środka wiedzą, że wysoka kultura bankowości dziś jest już przeszłością lub co najwyżej wytartym hasłem reklamowym. Dziś banki mają olbrzymie kłopoty ze skompletowaniem i utrzymaniem kadry w oddziałach, zatrudniają tam coraz bardziej przypadkowych ludzi i niestety musi się to przekładać na kiepską jakość obsługi klienta. Żeby ocenić skalę tego problemu wystarczy wejść na stronę portalu pracuj.pl i zobaczyć jak wiele jest ogłoszeń dotyczących pracy w oddziałach. Jak ostatnio sprawdzałem to takich aktywnych ogłoszeń było kilkaset… A przecież banki nie otwierają już nowych oddziałów tylko je zamykają. Dlaczego zatem stale potrzebują aż tylu nowych ludzi do pracy? Czy w takich okolicznościach idąc do banku możemy liczyć na fachowe doradztwo?
A wracając do rankingu Newsweeka - chciałbym w nim zobaczyć jeszcze dwie kategorie: bank, który w danym roku zapłacił najwięcej kar nałożonych przez instytucje nadzorujące (tu pewnie poza wszelką konkurencją byłby bank na G) i bank, który w 2014 roku wykupił najwięcej reklam w Newsweeku oraz innych tytułach należących do koncernu Axel Springer.

piątek, 22 sierpnia 2014

Jaki mobbing, normalny opier...


Niedawny artykuł na prnews.pl dotyczący traktowania przez jeden z brytyjskich banków swoich pracowników, w wielu obecnych i tych byłych pracownikach sieci sprzedaży w polskich bankach zapewne ożywił wiele wspomnień. Część z tych wspomnień po długotrwałej terapii z psychoanalitykiem można wymazać z pamięci, ale wtedy życie poprzez taki artykuł ponownie dopada i ożywia stare demony J.
Otóż po drugiej stronie kanału La Manche (zwanego przed Celtów – Angielskim) wybuchła afera. Przy niej kolejne odsłony spisku stołecznych kelnerów zdają się być dziecinadą, a kolejny niechlubny rekord związany z ilością złapanych pijanych kierowców - nic nie znaczącym faktem. Przechodząc do rzeczy, jakiś manago w banku angielskim wysłał był do swych podwładnych maile, w których domagał się „ni mniej ni więcej’’ tylko, mówiąc delikatnie, realizacji planów, które są nie do zrealizowania. Dodatkowo ocenił, iż ich wykonalność w danym dniu powinna sięgnąć poziomów, które tylko jego wyobraźnia rozumem obejmie. Oryginał jakiś.
A co tam w naszym grajdołku, że się do nadbałtyckich klimatów odwołam? U nas grzeczniutko, nikt do niczego nie zmusza. Dyrektor Oddziału wyda się wielu jak starszy brat a Regionalny jak światełko w tunelu, tia… Coś mi jednak mówi, iż rzeczone światełko pewnie rzadko, sporadycznie i w ogóle marginalnie, okazuje się pędzącą z hukiem i gwizdem lokomotywą. Od razu zaznaczę, że nie twierdzę, że u nas bagno i pięć metrów mułu, a u Angoli to tylko drobny epizodzik. Ostatnie doniesienia medialne o słynnym światowym już konflikcie Legia-Celtic pokazują, że taki szczególik jak honor czy jakieś tam fair play nieco się zdewaluowały, a dla wyspiarza przegrać 6:1 w dwumeczu to jak wygrać. Jednak w dziedzinie mobbingu my też jednak fajni są.
Tu ciekawy przykład, fakt że sprzed wielu lat, ale mam wrażenie, obrazowy.
Oto dwóch Managerów wyższego szczebla międzynarodowej instytucji finansowej, na imprezie firmowej, będąc być może pod przemożnym wpływem alkoholu, zakłada się o to, w kraju którego z nich oddziały otworzą więcej kont osobistych. Zwróć Drogi Czytelniku uwagę, iż piszę być może, bo po pierwsze nie wiem na pewno czy Bachus zawładnął ich czynami i tokiem rozumowania, po drugie mam nadzieję, że na firmowych spotkaniach nie pije się alkoholu. No może czasami do głównego dania kieliszek wytrawnego wina i to w wyjątkowych sytuacjach J.
I poooooszli…. Targety rozdane, cyfra budzi osłupienie na miarę zwycięstwa polskiej reprezentacji w piłce nożnej w meczu z kimkolwiek. No dobra „papier cierpliwy, wszystko przyjmie”, ale w mordę, nie do zrobienia to jest!!! A tam nie do zrobienia, rzekł Manager - motywacji ludziom brakuje. Maila – poganiacza trzeba słać. No i Dyrektor Dyrektorów śle paszkwila. A w nim, że jak planów nie zrobicie to UWAGA!!! prawdziwe -  „KREW SIĘ POLEJE”. Zaraz „poleje” zobaczymy czyja, chyba twoja. Ale dobra, chcecie to macie „mówisz i masz” i w ramach dupokryjki cała sieć otwiera PUSTE KONTA!!! Bo niby skąd do cholery ma nagle z miesiąca na miesiąc zrealizować i tak wyśrubowany plan w jego dajmy na to trzykrotnej wysokości. A że przy okazji „pustaków” koszty, czas Doradców, papier, bzdura do kwadratu i „…kamieni kupa”. Ufffff…
Zakład wygrany…J
Inna taka sobie sytuacja. Bank M., Dyrektor W., oddział w W. (spore miasteczko). Oddział otwarty do 19tej. O 18.45 do oddziału dzwoni W. Rzuca pytanie: Ile macie dziś kont? Oddział – 3. W. – Do 19tej macie mieć 6. Zadzwonię. Tylko żadnej ściemy bo i tak  w systemie raportowania sprawdzę. Tu połączenie zostaje przerwane, a w oddziale ogólny stan przedzawałowy. Panika. Ja już mam u nas konto, ja mam dwa, moja żona też, mama, babcia a nawet mój ku… jamnik też już ma. 19ta – dzwoni, a jakże. Ile macie kont? Oddział – 6. Można? Można…J.
Proponuję jeszcze garść życiowych mądrości czyli korporacyjny bełkot:
Wątek anatomiczny: „trzeba mieć zgąbczenie mózgu żeby nie sprzedać tak dobrego produktu”.
Wątek familijny: „macie rodzinę i znajomych to wiecie co robić”.
Wątek psychologiczny: „nieakceptowalne wyniki, które nie mają prawa się powtórzyć”, „będziemy musieli zmienić sposób współpracy”.
Wątek filozoficzny: „od myślenia to jestem tutaj ja, wy do robienia planu”.
Wątek matematyczny: „dajecie mi powody do głębszej analizy waszych dotychczasowych wyników”.
Wątek kryminalny: „brak realizacji planów pociągnie za sobą surowe konsekwencje”.
Wątek prorodzinny: „a ty chcesz te dzieci widywać czy też utrzymać?” – usłyszała pracownica prosząca swego przełożonego o umożliwienie jej wyjścia z pracy godzinę wcześniej, żeby mogła odebrać dzieci wracające z kolonii letnich.
Podsumowując, zapewne niejeden z Was (do czego zachęcam) mógłby podać wiele  innych przykładów na to, iż praca w banku, a także w innych firmach, gdzie nadrzędna jest sprzedaż, może być źródłem mobbingu. Jak widać, za nic mu granice Państw i poziom kultury organizacyjnej. Może kwoty, o które toczy się gra są odmienne, ale i to nie na pewno.

Na koniec mały żarcik znaleziony w Internecie:
 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Jak po latach wyglądają wyniki prognoz ekspertów od rynku bankowego?


Zawsze z dużym dystansem, a często też z niechęcią podchodzę do wszelkiego rodzaju prognoz dotyczących rynku finansowego i samego sektora bankowego, które masowo są przedstawiane w radiu, telewizji czy Internecie. Praktycznie każdego dnia możemy słuchać lub czytać opinie wielu ekspertów dotyczące giełdy, walut, sytuacji rynkowej i prognoz co do bliższej lub dalszej przyszłości. O ile z tłumaczeniem tego co właśnie się wydarzyło eksperci radzą sobie względnie dobrze, o tyle z przewidywaniem tego co się wydarzy, idzie im, w mojej ocenie, już dużo gorzej. Kiedyś słyszałem taki żart – kto to jest analityk finansowy? Jest to taki człowiek, który dzisiaj potrafi wyjaśnić dlaczego jego wczorajsza prognoza się nie potwierdziła. Kolejne lata pokazują, że to zdanie ma coraz więcej wspólnego z czystą prawdą, a coraz mniej z żartem… W mediach przewijają się cały czas te same twarze. Czasem odnoszę wrażenie, że ci ludzie nie mają czasu na śledzenie wydarzeń na rynku, bo za dużo czasu zajmuje im opowiadanie o nich. Mam też nadzieję, że tych naprawdę wartościowych i prawdziwych fachowców od finansów, firmy trzymają w ukryciu i są jednak w naszym kraju tacy ludzie…
A dlaczego w ogóle o tym piszę? Zainspirowałem się artykułem, który zupełnie przypadkowo ostatnio przeczytałem. Został dawno temu zamieszczony na portalu bankier.pl, a jego autor to ówczesny adiunkt w Instytucie Gospodarki Światowej SGH. Nie znam tej osoby, zresztą takich tekstów można znaleźć w Internecie mnóstwo, dlatego nie będę podawał tu żadnych nazwisk. Po przeczytaniu tego artykułu i zestawieniu go z aktualną sytuacją muszę przyznać, że mocno się rozbawiłem. Otóż artykuł został opatrzony tytułem „Które banki znikną z polskiego rynku?” i został opublikowany 22 lutego 2008 roku. Czyli dawno. Ponad 6 lat temu. Zupełnie poważnie autor napisał, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że aż 6 banków w 2008 roku może zniknąć z rynku. Na pierwszym miejscu wymienił Bank Handlowy. Na drugim Bank Millennium. Z większych i bardziej rozpoznawalnych banków dalej w artykule możemy przeczytać także o BOŚ Banku oraz o Getinie… Mamy rok 2014. Bank Handlowy działa, Bank Millennium działa, Getin działa i wciąż jest zresztą kochany przez rzesze klientów… Nawet BOŚ działa. Autor artykułu, jak poczytałem w Internecie, też działa i wygląda na to, że ma się całkiem dobrze. A że kiedyś wiedza zawiodła, umiejętności wizjonerskie też zawiodły… No cóż, przecież na pewno da się to jakoś wytłumaczyć.
 
A tu, gdyby ktoś chciał przeczytać, link do opisanego przeze mnie tekstu - http://www.bankier.pl/wiadomosc/Ktore-banki-znikna-z-polskiego-rynku-1717469.html

środa, 13 sierpnia 2014

W NISZY: Kredyt dla firm zabezpieczony nieruchomością


Dziś w kilku zdaniach opiszę produkt, który idealnie pasuje do tego cyklu i do określenia „niszowy”. Jest to kolejny tekst skierowany do klientów firmowych, za co z góry przepraszam wszystkie osoby szukające ciekawych ofert dla klientów indywidualnych. Obiecuję, że przy najbliższej okazji postaram się zadbać także o tę grupę czytelników mojego bloga. Ale wracając to tematu – produkt, na którym dziś się skupię, to kredyt dla firm zabezpieczony hipoteką, z przeznaczeniem na inwestycję, konsolidację lub bieżącą działalność. Produkt jest oferowany przez bank, ale raczej nie jest to marka powszechnie rozpoznawalna. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że coraz częściej staje się on ostatnią możliwą drogą dla coraz większej grupy klientów. A dlaczego tak jest? Bo w tym przypadku bank w pierwszej kolejności ocenia nieruchomość, która będzie zabezpieczeniem kredytu, a nie osiągnięte w przeszłości wyniki finansowe klienta. Czyli postępuje odwrotnie niż zdecydowana większość pozostałych banków, które bazują przede wszystkim na PITach, bilansach, KPiRach, amortyzacji, itd. W tym przypadku przedsiębiorca w ostatnim roku podatkowym mógł nie wykazać żadnego dochodu i wcale nie oznacza to dla niego, że nie otrzyma kredytu. Dużym atutem jest także fakt, że bank z automatu nie odrzuca klientów ze względu na branżę, w której działają. A wiemy jak to działa w niektórych bankach – przedsiębiorcy np. z branży budowlanej pewnie wiedzą co mam na myśli.
Żyjemy w czasach, w których wiele branż od dawna ma problemy ze stabilnym prowadzeniem biznesu, firmy często są już mocno obłożone kredytami i szukając w bankach kolejnych możliwości finansowania, odbiją się od ściany. I dlatego opisywany przeze mnie przykład nabiera cech atrakcyjnej alternatywy. Co jeszcze można napisać o tym kredycie? Maksymalny okres obowiązywania umowy to 20 lat, finansowanie nawet do 100% wartości kredytowanego przedsięwzięcia, prowizja przygotowawcza od 0,1% do 5% (ustalana indywidualnie), oprocentowanie zmienne, marża ustalana po dokładnej analizie wniosku i zabezpieczeń. Plusem jest także to, że przed złożeniem kompletnego wniosku, można poprosić bank o wstępną decyzję – ocenę szans na przyznanie kredytu. Wystarczy, że klient złoży specjalne oświadczenie wraz z biznes planem i operatem szacunkowym nieruchomości (o ile dysponuje) i po kilku dniach może liczyć na odpowiedź banku.
Wszystkie osoby, które chciałyby uzyskać więcej informacji na temat kredytu lub są zainteresowane skorzystaniem z niego, zapraszam do kontaktu mailowego z nami – adres: kontakt@fincredo.pl.